poniedziałek, 26 października 2009

Archiwum nr 9 - Johnny Cash Remixed

W zamierzeniu jego pomysłodawców album „Johnny Cash Remixed” miał być hołdem złożonym wielkiemu muzykowi oraz próbą zainteresowania jego postacią młodszych słuchaczy. Niestety, poza sferę zamierzeń wyjść im się nie udało.

Johnny Cash, legenda amerykańskiego country, ostatnie lata swojego życia spędził nagrywając serię płyt o zbiorczym tytule American Recordins. Pod czują opieką producenta Ricka Rubina, weteran jeszcze raz powrócił na listy przebojów. Wydany w 2002 album „American IV: The Man Comes Around” zdobył status platynowej płyty i uplasował się na 22 miejscu prestiżowego rankingu magazynu Billboard. Wydany pośmiertnie „American V: A Hundred Highways” dotarł już na miejsce pierwsze. Wyjątkowy charakter tej serii, składającej się w głównej mierze z coverów innych artystów, zasadza się na doskonałym wyczuciu muzycznym Casha i umiejętności przeniesienia w estetykę country utworów wywodzących się częstokroć z bardzo odległych muzycznych nurtów. A przekrój był imponujący – Cash i Rubin na nowo zaaranżowali bowiem utwory zarówno innych klasyków country takich jak Neil Diamond i Kris Kristofferson, jak również bluesującego Bruce’a Springsteena, pop-rockowego U2, elektronicznych Depeche Mode, industrialnych Nine Inch Nails i unikającego wszelkich prób sklasyfikowania jego twórczości Toma Waitsa.



Skoro więc sam Cash pokazał, że na melodię country można przerobić praktycznie każdy gatunek muzyczny, oczywistym stało się, że prędzej czy później ktoś spróbuje proces ten odwrócić. W razie czego będzie przeciw krytykantom dysponował potężnym orężem: „Skoro zrobił to Johnny, dlaczego nie mogę ja?”. Pierwszym krok postawił na tej drodze amerykański raper Snoop Dogg, wydając w roku 2008 singiel „My Medicine”, stanowiący połączenie hip-hopu z country. I choć bytność Johnny’ego Casha ograniczała się w tym utworze jedynie do honorowej wzmianki w początkowej dedykacji poświęconej „prawdziwemu amerykańskiemu gangsterowi”, pierwsze lody zostały przełamane. Samo łączenie tych dwóch gatunków zostało zaś usankcjonowane przez jeszcze jedną legendę country, mianowicie współpracującego z Cashem gitarzystę Williego Nelsona, który wziął udział w tym nagraniu.

Zachęcony pozytywnym przyjęciem singla Snoop Dogg postanowił iść o krok dalej. Wraz z Johnem Carterem Cashem (synem Johnny’ego) i Mathewem Knowlesem (ojcem piosenkarki Beyonce) został producentem płyty „Johnny Cash Remixed”. W zamierzeniu twórców miał być to z jednej strony trybut dla legendy country, z drugiej zaś próba przybliżenia jego postaci młodszym odbiorcom muzyki. A przybliżyć jej - ich zdaniem - nie dało się w inny sposób niż łącząc jego twórczość z elektronicznymi i hip-hopowymi dźwiękami.

Niestety. Oceniając całe to przedsięwzięcie można sparafrazować tytuł znanego filmu wojennego i powiedzieć, że był to „O jeden krok za daleko”. Po płytę tę miłośnicy Johnny’ego Casha na pewno nie sięgną, a jeżeli już to zrobią, to większość z nich nie pozostawi na niej suchej nitki. Nie da się ukryć, że jest to objaw pewnej hipokryzji, wedle której Johnny coverować może, ale coverowanie Johnny’ego jest już zbrodnią i świętokradztwem. Gdyby jednak jedynym problemem projektu było to, że obiektywnie ocenić może go tylko ktoś nie będący ortodoksyjnym fanem Casha, nie można byłoby mówić o porażce. Prawdziwym problemem jest to, że choć pomysł był sam w sobie całkiem niezły, to jego wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Myśląc o elektronicznych i hip-hopowych artystach, którzy byli by w stanie niedzisiejszemu już Cashowi nadać bardziej współczesną formę, jednocześnie utrzymując wysoki poziom pierwotnego materiału, do głowy przychodzą mi DJ Vadim, Fatboy Slim, DJ Shadow, The Roots, Guru czy Everlast. Niestety, nie licząc Snoop Dogga, Philipa Steira czy grupy Alabama 3, większość osób zaangażowanych do tego projektu stanowią przedstawiciele muzycznej trzeciej ligi. Podczas pracy nad „Johnny Cash Remixed” muzycy nie dostali nagłego przebłysku boskiego natchnienia i stworzyli dokładnie to, czego można się było po nich spodziewać. Poza kilkoma chlubnymi wyjątkami zawarte na płycie kompozycje zdają się być tworzone według logiki: bierzemy utwór Casha, podnosimy siłę jego głosu, dodajemy basy, później bity i voila! Nie trzeba chyba dodawać, że takie pojmowanie idei remixowania cofa muzykę w rozwoju o dobrą dekadę. Efekt końcowy jest taki, że w przerażającej większości w nasze ręce trafiają siermiężne „kawałki”, które swe istnienie powinny zakończyć na klubowej konsolecie.

W całej tej beczce dziegciu znajduje się jednak kilka łyżek miodu. A łyżkami tymi są utwory, które mają do zaoferowania coś więcej niż tylko baryton Johnny’ego. Dzięki nim recenzja płyty może przybrać formę bardziej rozbudowaną, niż li tylko stwierdzenia: „wszystko co jest tu dobre pochodzi od Casha, wszystko co złe dodały osoby go remiksujące”. Płytę z wielkim przytupem otwiera Philips Steir dostarczając nam pulsującą wariację na temat „Get Rhythm”. Kiedy tylko u słuchacza zaznajomionego z oryginałem minie pierwszy szok, powinien szybko docenić połączenie disco-house’owej tonacji utworu, z przywodzącym na myśl pierwsze formy rapu szybkim wokalem Casha. Kiedy po Steirze pałeczkę przejmuje Count de Money następuje totalna zmiana estetyki. „Big River” został bowiem potraktowany z ogromnym szacunkiem i nie czuje się by próbowano go na siłę unowocześniać. Drobne zaledwie przeróbki służą jedynie wyeksponowaniu tego, co w utworze istniało od zawsze, a czym był jego taneczny potencjał i swingujące brzmienie. W zupełnie inny sposób klimat retro wytarza Sonny J. Praca nad remiksem „Country Boys” była dla niego okazją do powrotu do brytyjskiego big beatu lat 90-tych. I choć jego kompozycja nie może równać się z dokonaniami Fatboy Slima czy Apollo 440, stanowi jeden z jaśniejszych punktów całego albumu. Interesujący wyjątek na tle pozostałych utworów stanowi „Sugartime” budzący nieodparte skojarzenia z twórczością Everlasta. Jest to jedyny przypadek kiedy na „Johnny Cash Remixed” tak odważnie wykorzystano rockowe gitary i bluesową rytmikę. Niestety – paradoksalnie – będąc jedną z lepszych kompozycji, ukazuje on największą ze słabości koncepcji całego projektu, jaką jest nie zaproszenie do udziału w nim flirtujących z elektroniką i hip-hopem zespołów o gitarowych korzeniach (takich chociażby jak formacja Gorillaz). Z pozostałych utworów na uwagę zasługują jeszcze tylko nieco psychodeliczny „Leave That Junk Alone” popełniony przez grupę Alabama 3, oraz oparty na instrumentach perkusyjnych i latynoskich samplach „Trail To Mexico” w wykonaniu Mexican Institute Of Sound.

Te kilka dobrych utworów nie wystarczy jednak do tego, by zachęcić do sięgnięcia po całą płytę. Wydaje się, że projekt ten podzieli los dziesiątek mu podobnych – po jednorazowym przesłuchaniu, ludzie zagrają sobie z niego kilka „empetrójek”, a CD-kiem cisną w kąt. Po kilku miesiącach zaś (a może i wcześniej), stare mp3 zostaną usunięte by zapewnić miejsca nowym, a sam projekt odejdzie w niepamięć. Szkoda to wielka, ponieważ jak wiadomo „Cash wielkim artystą był” i zasługuje na naprawdę dobry trybut. „Johnny Cash Remixed” posiadał spory potencjał, który został zaprzepaszczony przez to, że do realizacji projektu zaproszono niewłaściwe osoby. Bo tego, że wartościowy trybut zrobić można, dowodzi choćby powstały na polskim gruncie album „Nie ma zagrożenia, jest Dezerter”. Tam również muzyka oparta na gitarach została poddana daleko idącym estetycznym zmianom. Różnica jest taka, że zostało to zrobione z polotem.

Skrócona wersja tekstu została pierwotnie opublikowana na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz