środa, 16 grudnia 2009

Ptaky "Szkoła latania"

Choć płyta ta raczej nie wejdzie do żelaznego kanonu polskiej muzyki rockowej, posłuchać jej naprawdę warto. Jest to wydawnictwo solidne, przemyślane i dobrze zagrane.

Materiał zawarty na „Szkole latania” został pierwotnie wydany w formie albumu mp3, dostępnego do pobrania z oficjalnej strony zespołu. Dziewięć miesięcy później, wszyscy miłośnicy srebrnych krążków, zgrabnych bookletów i dźwięku w wysokiej jakości mogli zacierać ręce z radości. Oto bowiem album doczekał się edycji CD. Całkiem słusznie zresztą – zasługiwał na to.

Od dłuższego czasu nie miałem okazji posłuchać tak solidnego polskiego wydawnictwa. Przynajmniej w przypadku dźwięków z głównego nurtu. Za muzyką graną przez PtakY można nie przepadać, wszak de gustibus ponoć non est disputandum, lecz nikt nie może stwierdzić, że płyta jest słaba czy źle zagrana. Członkowie zespołu udowadniają, że w estetyce rockowej czują się swobodnie, nieważne czy zagłębiają się w cięższe jej rejony, czy też pozwalają sobie na śmielsze flirty z popem. A że zdarzają się słabsze momenty? Artyści bez takowych niech pierwsi rzucą kamieniem.



Największym atutem ekipy Piotra Łukaszewskiego jest to, że udało im się wypracować charakterystyczne, rozpoznawalne brzmienie bez popadania w monotonię. Kompozycje zawarte na płycie cechuje dość daleko idąca różnorodność. Choć większość utworów to mniej lub bardziej szablonowy modern rock, zdarzają się interesujące wycieczki muzyczne. O ile więc taki „Kaznodzieja” zawiera sporo industrialowych wstawek, przywodzących na myśl najlepsze dokonania Sonic Mayhem, „Boją się ludzie” to już rzewna pop-rockowa balladka w najczystszej postaci. W „Zapałkach marzeń” – będących nota bene jednym z moich faworytów ze „Szkoły latania” – przewija się natomiast echo Pearl Jamu i post-grunge’owego Days of the New. Szczególnie interesujący, bo w pełni ukazujący techniczne możliwości zespołu, jest utwór „Są takie dni” z iście progresywno-metalowym riffem, sprawnym łamaniem rytmu i melodyjną solówką. Wszystko to budzi we mnie – przyznam, że dość daleko idące – skojarzenia z Liquid Tension Experiment. Co prawda formacji Łukaszewskiego sporo do nich brakuje, a i estetyka i ambicje również nie te, lecz samo porównanie do jednych z najlepszych instrumentalistów na świecie jest dla polskich rockmanów bardzo nobilitujące.

Na płycie znalazło się i kilka słabszych kompozycji (jak choćby nijaki „Zaklęty dom”) , lecz nie burzą one pozytywnego wrażenia z całości. Zresztą nawet te gorsze utwory posiadają tak zwane „momenty”, dla których warto ich posłuchać. Cóż, jako człowiek wychowany na Brygadzie Kryzys i Izraelu nie mogę przejść obojętnie obok tekstu: „samolubny i pazerny, Babilon chwieje się”, pojawiającego się w „Religii Życia”. Szkoda tylko, że cały zgrabny utwór został położony przez cukierkowy refren rodem z kawałków Kombii, zupełnie nie komponujący się z poruszaną w tekście problematyką. Ostatnią rzeczą, jaka nie przypadła mi do gustu podczas słuchania płyty, jest nieznośna maniera wokalna, w którą czasem wpada Sebastian Makowski. Chodzi tu o wyciąganie samogłosek, w myśl zasady „im dłużej tym lepiej”, w niektórych kręgach znanej jako „e do n-tej”. Jest to zabieg, który sprawdza się jako ozdobnik, ale nadużywany zaczyna irytować. Tym bardziej, że wokalista posiada naprawdę melodyjny i mocny głos, który w pełnej gracji demonstruje w innych momentach i z podobnych zabiegów korzystać nie musi.

Kilka zastrzeżeń wysuniętych pod adresem „Szkoły Latania”, nie zmienia faktu, że jest to płyta całkiem niezła. Może i za kilkanaście lat nikt nie wpisze jej do żelaznego kanonu polskiej muzyki rockowej, ale zapoznać się z nią warto. Osoby które zdecydują się na zakup albumu, jeżeli nie będą oczekiwać arcydzieła na miarę „The Wall”, żałować nie powinny.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl


W formie bonusu wideoklip do "Zapałek Marzeń":

1 komentarz:

  1. Śnieg jest wielki. Nie znasz się ;p

    OdpowiedzUsuń