piątek, 22 stycznia 2010

"Przemiana" Julien Leclercq


Pod pewnymi względami „Przemiana” przypomina kultowego „Matrixa” – składa się z dziesiątek nawiązań i kalek wcześniejszych produkcji. W przeciwieństwie jednak do filmu braci Wachowskich francuską produkcję obejrzeć można tylko raz.

Nie mają Francuzi szczęścia do kina science-fiction. Solidnych produkcji przynależących do tego gatunku powstało nad Sekwaną niewiele, zaś twórcy, którzy chcieli po tę formę sięgnąć, kroki swe kierowali poza granice kraju, bądź też angażowali się w międzynarodowe koprodukcje. Zrobili tak i Traffaut i Vadim, ostatnio zaś – z dużo gorszym skutkiem – Kassovitz. Płonne okazały się nadzieje lat 90-tych, kiedy to mówiono, że oto za sprawą Jean-Pierre’a Jeuneta i Marca Caro narodziła się nowa jakość – francuskie science-fiction, mające konkurować z hollywoodzkimi obrazami, nie budżetem, lecz nastrojowości, plastycznością i treścią.

Niestety, złoty tandem rozpadł się. Jeunet ruszył w zgoła odmienne rejony filmowe, a jedynym późniejszym wkładem Caro w rozwój francuskiej kinematografii była próba zamęczenia widzów pretensjonalnym i niespójnym „Dante 01”. Następcy nie pojawili się, a „nowa fala science-fiction” została jedynie marzeniem. Całkiem dobry „Renaissance” Christiana Volckmana, była bodaj jedynym odstępem od reguły mówiącej, że Francuzi nie potrafią kręcić solidnej fantastyki naukowej. Reguła ta znajduje – niestety – potwierdzenia w „Przemianie”.



Akcja filmu rozgrywa się w Paryżu, w 2025 roku. Widz śledzi równolegle dwa wątki – policjanta Hoffmana polującego na handlarza żywym towarem oraz profesor Brügen prowadzącej badania zmierzające do przywrócenia pełnej pamięci jej córce Manon, która ucierpiała podczas tragicznego wypadku samochodowego. Zgodnie z prawidłami sztuki, wraz z upływem czasu wątki te stopniowo zacieśniają się, by w kulminacyjnym momencie połączyć się w jedną całość. Jako że pod względem fabularnym „Przemiana” jest mieszanką sprawdzonych schematów i lejtmotywów science-fiction, ostateczne rozwiązanie może być zaskoczeniem jedynie dla tych widzów, którzy połowę filmu przespali, pozostali zaś zakończenie filmu powinni odgadnąć po trzydziestu minutach seansu.

Pomimo tego, iż jest klasycznym przykładem filmowej sztampy, „Przemiana” potrafi jednak utrzymać widza przed ekranem na nieco ponad półtorej godziny projekcji, a to przecież w kinie najważniejsze. Co prawda, zainteresowanie nie wynika raczej z precyzyjnej konstrukcji fabuły, budowania napięcia, czy wirtuozerii wizualnej, lecz ze względu na zabawę, której dostarcza próba rozszyfrowywania inspiracji i wyłapywania nawiązań do innych przedstawicieli gatunku. Lacrercq i spółka bowiem, jeszcze w większym stopniu niż bracia Wachowscy podczas prac nad „Matrixem”, czerpali garściami tak z olbrzymiego dorobku science-fiction, jak i ogólnie pojmowanej kultury popularnej. Sposób kręcenia i kolorystyka nawiązują zarówno do japońskiej animacji, jak i nieśmiertelnego „Łowcy Androidów”. Z tego ostatniego wzięto również elementy estetyki neo-noir, z postacią samotnego detektywa z tzw. „przeszłością”, jego ubiorem i pogardą dla przełożonych na czele. Literackie i filmowe dystopie dostarczyły wątków związanych z postępującą inwigilacją społeczeństwa, Philip K. Dick – nieśmiało stawianych lecz pozostawianych bez odpowiedzi pytań o naturę człowieczeństwa i ludzkiej tożsamości, kino klasy B dostarczyło klasycznej bijatyki, cyberpunk technologii, a wzmiankowane już wcześniej anime – krytyki pod adresem władz politycznych i ich ciemnych interesów.

Choć zabawa w doszukiwanie się nawiązań jest rzeczą przyjemną, uczciwość recenzencka nakazuje jednak zwrócić uwagę na warstwę techniczną filmu. „Przemiana” jest debiutem Leclercqa, co widoczne jest w każdej sekundzie trwania obrazu. Wydaje się, że reżyserowi nikt nie wytłumaczył, że niebieski filtr i kilka ciekawych kątów, nie sprawi, że dość toporna fantastyka naukowa stanie się nagle filmem artystycznym. Być może zresztą tłumaczyć nikt nie zamierzał, wszak nie od dziś wiadomo, że Francuzi są przeczuleni na punkcie „artyzmu” i nawet trzeciorzędne horrory gore starają się kręcić w tym duchu.

Brak doświadczenia z długą formą objawia się również tym, że Leclercq nie wypracował jeszcze swojego stylu kręcenia. „Przemiana” jest filmem przeładowanym pomysłami realizatorskimi, z których żaden nie jest konsekwentnie prowadzony do końca. Długie klasyczne ujęcia przeplatane są więc sekwencjami z wideoklipowym montażem, pozytywne wrażenia związane z niekonwencjonalnymi kątami ustawienia kamery szybko zacierane jest przez telewizyjny styl kręcenia dialogów, kilkukrotnie reżyser pozwolił sobie też na delikatną zabawę z formą, z której to zabawy jednak nic nie wynika. Całość sprawia wrażenie, obrazu nakręconego przez filmowca amatora, który po raz pierwszy dostał w swe ręce Adobe After Effects i chciał przetestować wszystkie jego możliwości.

O wiele lepiej „Przemiana” wypada pod względem aktorskim. Szczególnie dobrze w swej roli odnalazł się Albert Dupontel, wcielający się w postać Hoffmana. Nie dość bowiem, że pod względem fizjologicznym do grania takich postaci najbardziej się nadaje, wyczuwa się, że zdawał sobie sprawę z tego, że nie kręci „Obywatela Kane'a 2” i zagrał w sposób stonowany, nie przerysowując swej roli. Tym samym zdobywa on laur najbardziej naturalnego aktora w filmie. Miło zaskakuje również Estelle Lefébure, która udowadnia, iż oprócz tego, że dobrze wygląda, potrafi stworzyć przekonywującą kreację drugiego planu. Mélanie Thierry kunsztem aktorskim szczególnie nie błyszczy, ale i w filmie przeznaczono jej rolę, polegającą w głównej mierze na tym, by ładnie wyglądała. Ubiegłoroczny „Babylon A.D.” wskazuje zresztą na to, że w takim emploi młoda Francuzka najlepiej się czuje.

Film Laclerqa nie należy do grona produkcji tragicznych, w przypadku których konieczność doczekania do napisów końcowych postrzega się w kategoriach męczarni na najniższych poziomach Gehenny. Jest on co prawda sztampowy, i czuje się, że twórcy nie mieli sprecyzowanego pomysłu, w którym kierunku powinni ruszyć z opowieścią, ogląda się go bez specjalnych zgrzytów. Posługując się analogią muzyczną, można przyrównać go do repertuaru popularnych rozgłośni radiowych – utworów bliźniaczo do siebie podobnych, wpadających jednym uchem i wypadających drugim. „Przemiana” to obraz złożony z fragmentów swoich poprzedników, który może sprawić przyjemność podczas oglądania, lecz o którym zapomina się już w kilkanaście godzin po wyciągnięciu DVD z odtwarzacza.

To właśnie owa przeciętność, jest największą wadą obrazu. Jeżeli więc szuka się alternatywy dla amerykańskich wysokobudżetowych produkcji science-fiction, Rosja pozostaje niedoścignionym wzorem. Warto też zainteresować się Ameryką Południową. Francja nadal nie jest w stanie wydać ze swego łona zapadającej w pamięci fanstastyki naukowej. I tylko Dupontela żal.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

3 komentarze:

  1. Jak zawsze błyskotliwy Pan Optykon:) A czy zyskami się podzielimy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Trailery choroby wyświetlające się na twarzy" - bezcenne:)

    OdpowiedzUsuń
  3. po takim komentarzu rezyser zrezygnuje z krecenia

    OdpowiedzUsuń