wtorek, 9 lutego 2010

"Polowaneczko" Tomasz Matkowski

"Polowaneczko" jest atakiem – mocnym, bezpardonowym, wręcz histerycznym. Choć z poglądami Matkowskiego można się nie zgadzać, to właśnie szczerość i bijące z jego książki emocje sprawiają, że jest ona atrakcyjna dla czytelnika.

„Książka Matkowskiego nie jest subtelnym głosem polemicznym, jest morderczym atakiem na klan zabójców, dumnych z tego że zabijają. (…) W tym konflikcie nie ma miejsca na kompromis. »Polowaneczko« jest bitwą bezwarunkową kapitulację cywilizacji łowieckiej, prawdziwej, jedynej, zachwyconej sobą, rozrywkowej cywilizacji śmierci. To lektura wojenna” – pisze w rekomendacji książki Roman Kurkiewicz. I choć stwierdzeniem tym jednoznacznie sytuuje się na linii przeciwników polowań, co do jednego ma rację. Z podzielaną przez niego opinią na temat samej instytucji współczesnego łowiectwa można polemizować, lecz nie sposób nie zgodzić się z jego oceną formy wypowiedzi, na jaką zdecydował się Matkowski.

„Polowaneczko” nie rości sobie prawa do bycia książką obiektywną, nie jest również próbą kompleksowej analizy tego złożonego zjawiska, nie jest też próbą nawiązania dialogu ze środowiskiem myśliwych. Jest ona atakiem – mocnym, bezpardonowym, wręcz histerycznym. Matkowski sam przyznaje, że książki swej nie kieruje ani do myśliwych, ani nawet do osób posiadających wiedzę na temat polowań. Zamiast tego próbuje on przyciągnąć uwagę osób bądź to zupełnie niezorientowanych, bądź też posiadających – w jego mniemaniu – nieadekwatny i romantyczny obraz polowania. Ot, darz Bóg, piórko w kapelusiku, bigosik, piękno kontaktu z przyrodą, wyrównana walka, humanitaryzm i podziw dla padniętego zwierza. Tymczasem wizerunek ten został sfabrykowany przez ludzi, którzy z perwersyjną radością odstrzeliwują dzikie zwierzęta – jest piękną fasadą, za którą skrywają się pierwotne instynkty oraz szał mordowania, który ogarnia lubujących się w zadawaniu cierpienia dewiantów. Tak przynajmniej uważa Matkowski. I przystępuje do tego, by do swych poglądów przekonać innych.

Książka Matkowskoeg, jako się rzekło, do obiektywnych nie należy. Autor w środowisko łowiecki uderza bezlitośnie, posługując się tymi samymi metodami jak robią to myśliwi podczas ataków na jego osobę. Poszczególne stronice aż skrzą od uproszczeń, aberracji i sofizmatów, a i bez porównań do nazistów i pedofilów również się nie obchodzi. Kolejny raz potwierdzenia się przypuszczenie, że komunikacja wolna od zakłóceń istnieć może tylko w umyśle Jürgena Habermasa, a kiedy naprzeciwko siebie stają dwie falangi o odmiennym światopoglądzie, nie ma miejsca na subtelności.

Czy jest to wadą? Zdecydowanie nie. Dzięki temu „Polowaneczko” jawi się jako książka szczera do bólu. Paradoksalnie, to właśnie momenty, w których Matkowski schodzi z płaszczyzny aksjomatów, są najbardziej miałkie i podatne na krytykę. Z tym, że ktoś uważa mordowanie zwierząt za karygodne, dyskutować się nie da – to jego pogląd, a o tym jak to jest z poglądami wiemy z pewnego dosadnego powiedzenia. Gorzej, kiedy ktoś, zamiast stwierdzić „jest to jedno z moich najważniejszych przekonań, z którego wywodzę przekonania pochodne”, chce coś udowodnić. Zwłaszcza szafując danymi liczbowymi, które pozostają ze sobą bez związku.

I tak na przykład Matkowski powołując się na stwierdzenie jednego z myśliwych, że ten strzelił „w życiu coś koło pięćset saren”, liczbę tę mnoży przez sto tysięcy myśliwych zrzeszonych w Polskim Związku Łowieckim i oblicza, że jedno pokolenie myśliwych zabija 50 milionów saren. Choć uczciwie przyznaje on, że myśliwy mógł przesadzać i skala zjawiska może być nieco mniejsza, zapomina jednak wspomnieć o tym, że wnioskowanie o całej populacji na podstawie jednoosobowej próby ma niewiele wspólnego ze statystyką. Co więcej, na tej samej stronie przytacza on kolejne dane – ilość zwierząt odstrzelonych w sezonie 2005/2006. Liczby te same w sobie mrożą krew w żyłach, lecz kiedy ktoś zada sobie trud by je zsumować, okaże się, że łączna ich liczba wynosi 658,715 sztuk. Zakładając, że statystyczny myśliwy zajmuje się polowaniem przez 40 lat swojego życia, okazuje się, iż jedno pokolenie dokonuje odstrzału 27 148 600 zwierząt. 27 milionów wszystkich rodzajów zwierząt, a 50 milionów saren jest sporą różnicą. Liczba nadal przerażajaca, ale pokazuje, że Matkowski statystyką posługuje się kiedy i jak jest mu wygodnie

Równie wybiórczo i pod z góry założoną tezę składa znane mu fakty, teorie i argumenty. Powołując się na antropologię dowodzi, że polowanie jest atawizmem, który należy wyrugać ze współczesnego społeczeństwa, ignorując przy tym ustalenia psychologii ewolucyjnej, w myśl której polowania – na równi zresztą z corridą, sztukami walki czy sportem – to metody sublimacji wrodzonej człowiekowi agresji. W innym miejscu broni krytykowanej przez myśliwych Brigitte Bardot, określając ją mianem kobiety „wrażliwej” i „mądrej”. Jakże mogłaby zresztą taka nie być? Wszak liczy się dla niej dobro zwierząt. O tym, że dając wyraz swej wielkiej mądrości pani Bardot wielokrotnie stwierdzała że chrześcijaństwo zniszczyło „piękne kultury” południowoamerykańskie, jakoś nie wspomina. Nieco to dziwne, biorąc pod uwagę, że sam kilkakrotnie wskazywał na to jak zbrodnicze były praktyki masowego składania ofiar z ludzi. Ale kto zwraca uwagę na detale, kiedy toczy się zacięty bój.

Matkowski dokonuje również kilku słusznych obserwacji. Wskazuje na funkcje jakie pełni żargon myśliwych, w którym słowa kojarzące się ze śmiercią zastępowane są pojęciami neutralnymi (np. nie „krew” a „farba”) i konstruowanie romantycznego wizerunku myślistwa na użytek zarówno ludzi z zewnątrz jak i swojego własnego środowiska (nawiasem mówiąc, autorowi trzeba przyznać rację – poetyckie próbki myśliwych to grafomaństwo nie pierwszej wody). Godną uwagi jest również kwestia ledwie przez Matkowskiego zasygnalizowana, mianowicie wchodzenie – za sprawą rodziny i wychowania – w środowisko myśliwskie od najmłodszych lat, co prowadzi do oswajania się z tym procederem i traktowanie go jako coś zupełnie naturalnego.

Niemniej jednak tak samo jak i wybiórcza argumentacja do książki nie zniechęca, tak i celne obserwacje nie są jej najważniejszym atutem. Tym, co sprawia, że jest ona atrakcyjna dla czytelnika to jej szczerość i bijące z niej emocje – obu stron. Lektura ma w sobie coś z tej perwersyjnej przyjemności, która musiała towarzyszyć – wzmiankowanym zresztą w przez autora – walkom gladiatorów. Choć gladius zamieniony został na pióro, a sieć i trójząb na internetowe fora, nadal obserwujemy dwa ścierające się żywioły. W „Polowaneczku” przewagę uzyskał Matkowski. Bynajmniej nie dlatego, że siła jego argumentów przygniotła przeciwnika, a cięte riposty sprawiły, że ten podkulił ogon i uciekł. Wygrał, ponieważ do niego należało ostatnie słowo – wziął na warsztat wypowiedzi myśliwych, odniósł się do nich i całość wydał w formie książkowej. Jeśli fanatycy łowiectwa wydaliby teraz „Anty-Polowaneczko”, w którym zdanie po zdaniu punktowaliby wypowiedzi Matkowskiego, zwycięstwo należało by do nich. Przynajmniej do następnej rundy. W końcu w wymianie zdań środowisk o odmiennych aksjomatach, nie chodzi o to by kogoś przekonać, lecz o to by zdania wymieniać.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz