środa, 10 lutego 2010

Co w newsie piszczy: Quo vadis "Wilkołaku"?

Przed kilkoma dniami na łamach portalu Shock Till You Drop pojawił się wywiad z reżyserem filmu "Wilkołak". "Cóż z tego?" - możecie zapytać. I faktycznie: praktyka to stara jak świat, z twórcą filmu zawsze miło się rozmawia, czasem nawet z lektury wywiadu można dowiedzieć się kilku interesujących rzeczy, żeby jednak od razu informować o tym, że ktoś, kiedyś, gdzieś przeprowadził taką rozmowę, trzeba mieć jakiś ważny powód.

Powód taki mam. Trywialny, bo trywialny, ale mam. Otóż, jestem wielkim fanem horroru gotyckiego oraz klasycznych obrazów grozy ze stajni Universalu. Kilka z nich znalazło swoje zasłużone miejsce na mej półeczce z DVD, reszty poszukuję w różnej maści koszach z filmami, których nikt nie chce oglądać. Poszukuję - należy dodać - bezskutecznie, bo na wznowienie serii "Klasyka Horroru" wydanej onegdaj przez TiM Film Studio raczej nie ma co liczyć. Wracając jednak do tematu: fanem jestem, fanem byłem i fanem będę. Z tym większą radością powitałem informację o tym, że Universal ma zamiar cofnąć się do swych korzeni i zaserwować nam utrzymany w gotyckiej konwencji remake "Wilkołaka". Mało tego: twórcy mieli powstrzymać się od nachalnego uwspółcześniania historii i akcję filmu osadzić w wiktoriańskiej Anglii. "Burton dał radę, film na siebie zarobił, więc i dla tej pozycji jest nadzieja" - pomyślałem. Niestety, nie wziąłem pod uwagę tego, że tak silna pozycja w środowisku filmowym, jaką posiada Burton, jest tam raczej wyjątkiem niż regułą.

O wywiadzie jednak miało być i o tym, cóż tak mnie w nim poruszyło, że postanowiłem podzielić się z czytelnikami drobną refleksją. Rozchodzi się mianowicie o to, że Joe Johnston stwierdził, iż przy trzecim podejściu do montażu filmu wyleciało z niego kilkanaście minut materiału, głownie tego służącego za wprowadzenie. Innymi słowy: tego budującego klimat. "Kiedy widownia mówi: "Hej, pierwsze piętnaście minut jest za wolne", musisz jej posłuchać. Czy ci się to podoba, czy nie, kino to biznes, a biznes ten polega na sprzedawaniu biletów. Chcesz by widzowie zobaczyli film, ten dostarczył im dobrej rozrywki, a oni opowiedzieli o nim swoim znajomym" - powiedział Johnston. Później nastąpił standardowy bełkot o wąskiej ścieżce między sztuką a komercją, którą kroczyć musi każdy twórca.



To, że sztukę dla sztuki (a czasem i dla nagród, choć to już niekoniecznie) uprawia się w Europie, gdzie krajowa kinematografia finansowana jest po części z budżetu państwa, czyli - de facto - z kieszeni obywateli, Hollywood jest natomiast maszynką do zarabiania pieniędzy, wiadomo nie od dziś. Amerykański film ma na siebie zarobić, a zarobi tym więcej, im bardziej jest przystępny, co zwykle przekłada się na: szybszy i ładniejszy. To również oczywiste. Czego jednak nie mogę pojąć to to, dlaczego Universal decyduje się na odwołanie do tradycji gotyckiego horroru, jeśli z filmu wyrzuca się jeden z podstawowych elementów gatunek ten definiujących?

Budowanie napięcia przez stopniowe wprowadzenie tego, co nadnaturalne, jest w gotyckim horrorze tak samo nieodzowne, jak kapelusz w westernie, pączek w filmie policyjnym i dildo w pornosie. Wbrew poglądom skrajnych ortodoksów, którzy nadludzką istotę chcieliby w pełnej okazałości oglądać wyłącznie w ostatnich minutach filmu, wprowadzenie to nie musi być nawet długie. Te kilkanaście minut w zupełności wystarczy. Wplecenie w nie kilku dynamicznych momentów nie tylko filmowi nie zaszkodzi, a wręcz go uatrakcyjni, niespieszne wprowadzenie być jednak musi. Po prostu. Na mocy definicji.

Barry Levinson, jeśli dochodzą do niego wieści o zawirowaniach związanych z produkcją "Wilkołaka", pewnie uśmiecha się pod nosem. Nie dość bowiem, że wie on jaką mordęgą są pokazy testowe i jak potrafią wpłynąć na kształt filmu zanim trafi on na ekrany kin, to sam uczynił z nich jeden z najważniejszych wątków swej - niedocenionej niestety - komedii "Co jest grane?". Przed rokiem, w wywiadzie udzielonym "Dziennikowi", opowiadał on o absurdach do których prowadzi ten system wstępnej oceny jakości filmu, zwłaszcza zaś tych obrazów, które w zamierzeniu wytwórni mają być blockbusterami: "Przechodzą przez magiel dziesiątek testowych pokazów i setek zmian na poziomie postprodukcji. Najbardziej dramatyczne jest w tym procesie to, że często publiczność, która ma wydać wyrok na film, nie jest nawet poinformowana, co będzie oglądała. A trzeba powiedzieć to głośno, to nie jest bystra publiczność i łatwo się gubi. Kiedy studio testowało na widowni „Rain Mana”, ta zdurniała – ludzie nie wiedzieli, co to jest autyzm, bohater grany przez Dustina Hoffmana wydawał się im dziwaczny i wystawili filmowi bardzo niską ocenę. Często pytania w ankietach, które wypełnia się po pokazie, są za mało precyzyjne jak na inteligencję widowni. Na przykład pytanie brzmi: „Która scena ci się nie podobała?”, i ludzie wpisują: „Kiedy mąż uderzył żonę”, bo myślą, że mają ocenić, jakie zachowania są w ogóle złe, a nie czy scena komponuje się z filmem".

Ciekawe, czy i w przypadku "Wilkołaka" doszło do podobnych sytuacji? Czy widownia testowa wiedziała jakiego filmu się spodziewać? Czy zgromadzeni w sali ludzie dali klimatowi szansę na porwanie się, czy też nerwowo stukali palcami, czekając na "akcję"?




A może współczesna widownia po prostu nie chce już "takich" filmów. To, że gotycki horror odszedł już do lamusa, jako nieprzystający do oczekiwań widza i ogólnej wizji kina jako takiego, Universal zaś nie potrafił tego dostrzec, nie jest jest wcale takim nieprawdopodobnym scenariuszem. Być może wytwórnia postawiła na niewłaściwą kartę, zbyt późno zdała sobie z tego sprawę, teraz zaś próbuje zminimalizować swoje straty? W końcu wszystkie zmiany, które w filmie wprowadzono, jak i te, których wprowadzenie rozważano, wydają się stać w sprzeczności z jego pierwotną ideą.

Nad "Wilkołakiem" czarne chmury unosiły się niemal od początku prac z nim związanych. Zanim zdążył upaść pierwszy klaps, z projektem pożegnał się pierwszy reżyser, na którego miejsce dokooptowano Johnstona. Ten miał trzy tygodnie na zapoznanie się ze scenariuszem i stanem prac, wprowadzenie zmian i rozpoczęcie zdjęć. Rychło z zespołu wyleciał Danny Elfman, którego ścieżka dźwiękowa nie przypadła do gustu bonzom wytwórni. Nowy twórca oprawy dźwiękowej miał ją unowocześnić (sic!) i oprzeć na elektronice (wtf?). Na szczęście, ktoś poszedł po rozum do głowy i w końcu stwierdzono, że Elfman - mimo wszystko - może jednak być. W międzyczasie były jeszcze jakieś przesunięcia w terminach, dokrętki i dwukrotne montowanie filmu od podstaw, ale informacji tych pojawiało się tak dużo, że zliczyć tego - a tym bardziej zrekonstruować właściwej chronologii - nie sposób.

Fanem gatunku jednak jestem, więc, mimo niepokojących wieści dochodzących z planu, za projekt ten trzymałem kciuki. Po ostatnich rewelacjach stwierdzam jednak, że zamiast udać się na "Wilkołaka" do kina, lepiej poczekać na wydanie DVD. Tym bardziej, że Johnston zapowiedział, że film trafi na ten rynek w "wersji rozszerzonej". W tym przypadku "wersja rozszerzona" to taki eufemizm, mający zstąpić stwierdzenia "wersja nieposzatkowana". Pożyjemy, zobaczymy, lecz nadzieje na renesans gotyckiego horroru już teraz wydają się płonne.

1 komentarz:

  1. Też jestem fanem gotyckiego horroru i ostrzyłam sobie pazurki na ten film:) Zwłaszcza klimaty wiktoraińskiej Anglii - rewela:)Czytając Twojego posta lekko mina mi zrzedła bo liczyłam na horror, jak za dawnych czasów, z mega klimatem, który wciska w fotel. Mimo wszystko film zobaczę. Mam nadzieję, że wart będzie chociaż swojej ceny...

    OdpowiedzUsuń