środa, 21 września 2011

"Manhunt - Polowanie" Patrik Syversen

Ze slasherami tak to już jest, że albo się je kupuje albo nie. Choć zaliczam się do tej drugiej grupy widzów, Manhunt - Polowanie wywarł ma mnie zasadniczo pozytywne wrażenie.

Największą siłą norweskiej produkcji, reklamowanej swego czasu jako najbardziej przerażający europejski film roku, jest - paradoksalnie - jej schematyczność. W Polowaniu nie ma miejsca na zabawę konwencją, autotematyzm, porozumiewawcze mrugnięcia okiem w kierunku "wtajemniczonego" widza, ani inne postmodernistyczne igraszki. Twórcy zdawali sobie sprawę z tego, że kręcą typowe kino gatunkowe i nie próbowali niczego udziwniać na siłę. Widz otrzymuje więc klasyczne zawiązanie akcji, ograniczoną do niezbędnego minimum ekspozycję bohaterów oraz "danie główne", płynnie odhaczające obowiązkowe dla formuły punkty. A wszystko to według najlepszych wzorców zza oceanu.

Nie od dziś wiadomo, że to, co dla jednych jest zaletą, dla innych jest nią już niekoniecznie. W chwili premiery Polowania, tak światowej, jak i polskiej, niemała część krytyków w owej schematyczności dopatrywała się podstawowej wady filmu. Doceniono rzemieślniczą sprawność reżysera (tym bardzie, że był to jego debiut na gruncie kina pełnometrażowego), umiejętnie prowadzącego widzów z dawna przetartymi szlakami, utyskiwano jednak na schematyczność fabuły i niechęć Syversena do wykroczenia poza granice narzucone mu przez konwencję. Chacun son cinéma - chciałoby się rzec. Od lat jestem zdania, że z prób rozsadzania gatunku od środka, bądź nadawania mu autorskiego sznytu, obronną ręką wychodzą nieliczni. Jeżeli twórcy brak ku temu predyspozycji, a ma przy tym w ręku solidne rzemiosło, powściągniecie takich ambicji wychodzi jego filmom tylko na dobre. Syversen sumiennie odrobił lekcję, do której przed realizacją Bladego strachu nie zasiadł Alexandre Aja.

Henriette Bruusgaard jako Camilla

O ile to, czy nieinwazyjną fabułę, mechanicznie przetwarzającą cały alfabet sprawdzonych rozwiązań survival horroru, przypiszemy filmowi na plus czy na minus, uzależnione jest wyłącznie od osobistych preferencji, o tyle wysokie walory technicznej strony przedsięwzięcia są bezdyskusyjne. Norweska ekipa z powodzeniem stosuje wszystkie dostępne im środki, począwszy od filtrów nadających filmowi odpowiednią kolorystykę, przez dynamiczne zdjęcia z ręki, skończywszy na kostiumach i charakteryzacji potęgujących wrażenie realności oglądanych wydarzeń. Naturalistyczna inklinacja Syversena jest zresztą tym, co wyróżnia Polowanie na tle jego amerykańskich źródeł inspiracji. Nie chodzi przy tym wyłącznie o realistyczne sceny morderstw, te bowiem we współczesnym kinie grozy stanowią raczej regułę niż wyjątek, lecz o brud, dosłownie wylewający się z ekranu, oraz poszanowanie praw rządzących ludzkim ciałem. Bohaterowie Polowania nie tylko krwawią, ale i męczą się, dyszą, pocą, a każdy upadek czy zadany cios pozostawia trwałe ślady na ich ciele i stroju. Miła (sic!) to odmiana, po amerykańskich slasherach, w których młodzi aktorzy mogą broczyć w sztucznej posoce, lecz na ich ciele nie uświadczy się ani kropli potu czy pyłku kurzu. Uwaga ta tyczy się również lokacji - las, w którym bohaterom przyszło toczyć grę o życie z bandą myśliwych-degeneratów, choć budzi niepokój, wygląda tak, jak lasy zwykle wyglądają, nie zaś jak przedsionek piekła spreparowany na potrzeby filmu z dreszczykiem.

Jørn Bjørn Fuller Gee jako Jürgen

Wad - innych niż te, które wynikają bezpośrednio z gatunkowej proweniencji oraz opatrzenia się podobnych widowisk - Polowanie posiada niewiele, czym skutecznie równoważy brak walorów, za sprawą których mogłoby wejść do żelaznego kanonu kina spod znaku ostrych narzędzi i przerażonych nastolatków. Rozczarowuje niekonsekwencja, z jaką scenarzyści kreślą portret psychologiczny (mocne słowa jak na survival horror) szwarccharakterów. Początkowo jawią się oni jako ciekawy dodatek do galerii slasherowych morderców - ot, grupa zwichrowanych zapaleńców "leśnych podchodów", którzy umiłowali sobie je do tego stopnia, że postanowili zapolować na ludzi, typ nieobcy kinu od czasu The Most Dangerous Game, dotychczas pędzący jednak swój żywot w innej gatunkowej niszy. Kiedy jednak okazuje się, że lubują się w torturach, zaś część ich działań ma wyraźnie seksualne zabarwienie, trafiają do jednego worka z setkami podobnych im maniaków, którzy w ciągu ostatnich czterech dziesięcioleci przewinęli się przez taśmę celuloidową. Nieco irytujący jest również powracający motyw zdobywania przez główną bohaterkę coraz to nowszych rodzajów broni (nóż, strzelba, łuk), przez co film upodabnia się do gry FPP, w ostatecznym jednak rozrachunku jest to detal, który nie psuje seansu sprawnie zrealizowanego slashera. Bo tym właśnie - niczym więcej - jest Polowanie.

1 komentarz:

  1. Dobrze napisane. Tekst zmotywował mnie, żeby spisać wreszcie wywiad z Syversenem, który przeprowadziłem chyba z rok temu :)

    OdpowiedzUsuń