czwartek, 15 września 2011

Sprawa Akō a Chūshingura, fakty a przedstawienia: Filmowe (re)interpretacje historii 47 wiernych roninów

I. Niekończąca się historia

Opowieść o 47 wiernych roninach, mszczących się na dworskim urzędniku za śmierć swego pana, a następnie popełniających rytualne samobójstwo, na stałe wpisała się w ramy japońskiej narracji kulturowej. Mimo zmieniających się warunków społeczno-politycznych, zwłaszcza w zakresie oficjalnej ideologii państwowej, opowieść tę cechuje niebywała żywotność i siła oddziaływania. Autentyczne wydarzenia, które rozegrały się w Edo na przestrzeni lat 1701-1703, rychło przerodziły się w narodowy mit. Mit nieustannie użyźniany, rewitalizowany, odtwarzany i wzbogacany o kolejne partie, z rzadka tylko, do tego nieśmiało, poddawany krytycznej analizie. Losy samurajów z Akō – przynajmniej podług ich dominującej wykładni – miały stać się kluczem do zrozumienia „japońskiego ducha”, symbolem absolutnej lojalności, poświęcenia, honoru i odwagi.

Historia 47 roninów stanowi jeden z najpopularniejszych tematów japońskiej sztuki oraz nieustające źródło inspiracji dla tamtejszych artystów. Beatrice M. Bodart-Bailey wskazuje, iż krwawej wendecie poświęcono dotychczas 120 sztuk teatralnych oraz 83 powieści[1]. Trudno o tak precyzyjne szacunki w odniesieniu do sztuk plastycznych, z całą pewnością jednak skala zjawiska przekroczyła tę znaną ze świata teatru i literatury. Relatywnie tanie i łatwe w multiplikacji drzeworyty ukiyo-e, przedstawiające samurajów z Akō oraz kluczowe sceny z poświęconych im spektakli teatralnych, nie tylko powstawały masowo, ale i wychodziły spod ręki mistrzów takich jak Hokusai, Hiroshige, Kunisada czy Kuniyoshi. Również świat filmu i telewizji nie postawał obojętny na fenomen 47 roninów. Z obliczeń Isolde Standish wynika, że do 1994 roku historię ich zemsty przeniesiono na ekrany kin 91 razy, telewizja natomiast dodała do tej liczby około 30 kolejnych tytułów, zarówno filmowych, jak i serialowych[2]. Warto zaznaczyć, że w obliczeniach tych nie uwzględniono utworów wchodzących w ramy specyficznego podgatunku japońskiego filmu historycznego określanego mianem chūshingura meimeiden, przedstawiającego wybrane epizody z życia poszczególnych członków grupy wiernych wasali, ani licznej rzeszy filmów, w których pojawiali się oni jako postaci drugiego i trzeciego planu.

piątek, 25 marca 2011

Szaleńczy śmiech sierżanta Steinera

Nad polem bitwy unosi się dławiący dym. Gęstą zawiesinę przecinają świszczące pociski. Rytmiczny stukot bębnów karabinów maszynowych i huki wystrzałów zagłuszają jęki konających i pokrzykiwania nawołujące do ataku. Pociski artyleryjskie rażą w niemieckie pozycje, raz za razem wyrzucając w powietrze grudy ziemi. Żołnierze miotają się w nieładzie między okopami a walącymi się budynkami. Kamera ukazuje twarz kapitana Stransky’ego. Pierwsza stopklatka. Nagle w wojennym chaosie rozbrzmiewa groteskowa pieśń młodocianych żołdaków. Walczący nie są w stanie jej usłyszeć, ta nie przynależy bowiem do ich świata, dana jest wyłącznie widzom.

Dwaj Niemcy znajdują osłonę w postaci zniszczonego pociągu. Jak mam przeładować? – krzyczy Stransky, mocując się ze swym MP40. Kolejna seria z karabinu. Stransky traci swój hełm. Sierżant Steiner spogląda na znienawidzonego przełożonego. Wybucha śmiechem. Gromkim. Chrapliwym. Szaleńczym. Jeszcze kilka stopklatek – kapitan wkładający na głowę hełm, dziecko w radzieckim mundurze przyglądające mu się z zażenowaniem, wybuch. Wreszcie ostatnia – Steiner pokładający się ze śmiechu na ścianie wagonu.

wtorek, 8 lutego 2011

"Samuraj-Szpieg" Masahiro Shinoda

Rzecz dzieje się w czasach dla historii Japonii dość ciekawych, bo pod koniec czternastoletniego okresu pomiędzy bitwą pod Sekigaharą, podczas której armia Ieyasu Tokugawy zmiażdżyła siły tzw. koalicji zachodniej, a oblężeniem Osaki, w wyniku którego to Tokugawom udało się ostatecznie zmieść z powierzchni ziemi klan Toyotomi, co zapewniło im pełną kontrolę nad krajem. Był to okres pełen napięcia, nad krajem ciążyło żywe wspomnienie krwawych starć, przyszła konfrontacja między klanami Tokugawa i Toyotomi jawiła się jako nieunikniona, zaś lojalności były płynne i niepewne. Japonię przemierzały rzesze tajnych agentów, za zadanie mających śledzenie posunięć najważniejszych graczy na arenie politycznej oraz odkrycie, po której stronie konfliktu opowiedzą się poszczególni daimyō. To właśnie w tym środowisku rozgrywa się akcja "Samuraja-szpiega" (alternatywnie: "Niezwykłej opowieści o Sarutobim Sasuke", jeżeli chcielibyśmy zostać wierni tytułowi oryginalnemu, nie zaś temu, na który zdecydował się amerykański dystrybutor filmu).

piątek, 14 stycznia 2011

Dyskretny urok socjalistycznego eskapizmu

Wbrew opinii inżyniera Mamonia polskie kino zdolne było wydać na swe łono obrazy pozbawione dłużyzn i wszechogarniającej nudy, pełne za to werwy, przygody, futurystycznych technologii i międzyplanetarnych lotów kosmicznych. Zwłaszcza w koprodukcjach.

Lato 1969 roku. Pokład „Świerczewskiego”. Słonce praży niczym w otwierających scenach „Upadku” Schumachera. W tle da się posłyszeć miarowy szum Wisły. Co jakiś czas ktoś potyka się o kolejne butelki płynnego chleba, radośnie wytaczające się spod leżaków. Za kamerą krzątają się Piwowarski i Barszczyński. Przed kamerą zasiada nieśmiertelny tandem Maklakiewicz-Himilsbach. Taśma się kręci. Maklakiewicz daje się porwać osobowości inżyniera Mamonia, który powoli eksplikuje kondycję polskiego kina:

Nie chodzę na filmy polskie w ogóle. Nudzi mnie to po prostu. Zagraniczny to owszem. Pójdę sobie. Bo fajne są zagraniczne. Wie pan? A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. Aż dziw bierze, że nie wzorują się na zagranicznych. Załóżmy proszę pana, że jakiś polski aktor gra, nie? Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa i patrzy tak… W prawo. Potem patrzy w lewo. Prosto. I nic. Dłużyzna, proszę pana. Siedzę sobie, proszę pana, w kinie. Pan rozumie. Patrzę na to… I aż mi się chce wyjść z kina, proszę pana. I wychodzę....

Wbrew temu, co sądzić mógł sceptyczny inżynier, również w ramach polskiego kina pojawiały się obrazy, w których działo się nie dość, że dużo, to i szybko, a nudy i dłużyzn zawierało się w nich tyle, ile logiki przyczynowo-skutkowej, czy poszanowania elementarnych praw fizyki. Bohaterowie ich, jeżeli już palili papierosa, czynili to w biegu lub podczas iście bondowskiego pościgu samochodowego, nie mając czasu nieśpieszne kontemplowanie przestrzeni rozpościerającej się przed ich oczyma. Nie brakowało i pozaziemskich cywilizacji, kamiennych posągów rażących śmiercionośnymi promieniami, wszelkiej maści zjaw i monstrów, tak swojskich, jak i z importu, super-komputerów, sztucznych ludzi, lśniących kombinezonów, czy majestatycznych statków kosmicznych. Zwłaszcza na kolei. Tfu! Zwłaszcza w koprodukcjach, tworzonych ramię w ramię przez ekipy bratnich republik socjalistycznych, raz za razem udowadniające, że niestraszna jest im konkurencja ze strony wielkich imperialistycznych wytwórni.


"Milcząca gwiazda" (Ignacy Machowski, Yoko Tani, Günther Simon)

piątek, 24 września 2010

Internet a nowe stratyfikacje społeczne

"INTERNET A NOWE STRATYFIKACJE SPOŁECZNE"

Celem niniejszej pracy jest wskazanie na związek pomiędzy Internetem a stratyfikacją społeczną. W pierwszym rzędzie autor postara się udzielić odpowiedzi na pytanie czy i jeśli tak to w jaki sposób Internet sprzyja tworzeniu się nowych stratyfikacji społecznych, jednakże część miejsca poświęci również kwestii związku Internetu z istniejącymi już podziałami społecznymi. Oczywiście ograniczenia objętościowe pracy nie pozwalają na dokonanie kompleksowej analizy wspomnianych zagadnień, dlatego też ta zostanie ograniczona do zaprezentowania najbardziej istotnych kwestii oraz wskazania na możliwe kierunki prowadzenia bardziej szczegółowych badań.

I. POJĘCIE STRATYFIKACJI I JEJ ZWIĄZKI Z INTERNETEM

Choć pojęcie stratyfikacji społecznej na stale zadomowiło się w dziedzinie nauk społecznych, to występuje w różnych kontekstach, co utrudnia precyzyjne nim się posługiwanie. Henryk Domański pisze: „od początku mianem stratyfikacji określano różne zjawiska, istniała zwłaszcza pilna potrzeba uzgodnienia relacji między stratyfikacją a pojęciami klasy, warstwy, statusu, pozycji i roli społecznej” [1]. Przykładowo: jedną z bardziej istotnych kwestii spornych dotyczących pojęcia stratyfikacji jest to czy jest ono tożsame z pojęciem nierówności społecznej. Według Domańskiego pojęcia te nie są tożsame choć: „definicje stratyfikacyjne o najszerszym zakresie utożsamiają ją [stratyfikację – D.G.] z systemem nierówności. Mówiąc, że stratyfikacja jest formą nierówności, odwołujemy się do definicji o węższym zakresie” [2]. Zagadnienia te - choć niezwykle interesujące - nie są właściwym przedmiotem pracy, zostały jednak wprowadzone w celu ukazania złożoności analizowanego zjawiska.

sobota, 7 sierpnia 2010

Relacja: XX. Festiwal Kultury Żydowskiej

TRZY DNI Z KULTURĄ ŻYDOWSKĄ

Festiwal Kultury Żydowskiej świętuje w tym roku jubileusz dwudziestolecia swego istnienia. Tradycyjnie już rzesze mieszkańców Krakowa oraz zagranicznych turystów ściągają na Kazimierz, by wziąć udział w dziesiątkach wyjątkowych wydarzeń kulturalnych. W tym roku po raz pierwszy towarzyszy im nasza redakcja. Oto nasze wrażenia z pierwszych trzech dni tej imponującej imprezy.

Za nami pierwsze trzy dni dwudziestej edycji Festiwalu Kultury Żydowskiej. Dotychczas na Kazimierzu oraz w kilku innych lokacjach w Krakowie odbyło się siedem spotkań z zaproszonymi na tę imprezę gośćmi, osiemnaście zajęć warsztatowych za swój przedmiot mających różnorodne aspekty kultury żydowskiej oraz osiem koncertów prezentujących rozległe spektrum estetyczne – od tradycyjnych pieśni po free-jazz. Nie zabrakło również licznych wystaw, krótszych i dłuższych wycieczek, zajmujących wykładów oraz projekcji filmowych. Program był nie tylko obfity, ale i wyjątkowo atrakcyjny, trudno więc dziwić się, że w części zawartych w nim wydarzeń nasza redakcja uczestniczyła z nieskrywaną przyjemnością.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Wywiad: Giovanni Battista Columbro

GIOVANNI BATTISTA COLUMBRO OPOWIADA O KONKURSIE „ARMONIA DI VOCI”

Giovanni Battista Columbro, dyrygent, profesor Konserwatorium im. Giuseppe Verdiego w Mediolanie i dyrektor artystyczny Festiwalu Lodoviciano opowiada o swojej najnowszej inicjatywie – Międzynarodowym Konkursie Śpiewu Chóralnego „Armonia di voci”.

Jeszcze tylko kilka dni dzieli nas od rozpoczęcia pierwszej odsłony „Armonia di voci. Proszę powiedzieć, skąd zrodził się pomysł zorganizowania konkursu chórów, który miałby międzynarodowy charakter. Czy była to Pańska prywatna inicjatywa?

Pomysł konkursu narodził się wspólnie z Associazione Culturale di Pienza, czyli instytucją, z którą regularnie współpracuję.

Czy uważa Pan, że udział w konkursie, może być szansą promocji dla chórów mniej popularnych, tych, które jeszcze nie zdobyły wysokiej pozycji w świecie muzyki poważnej?

Tak. Oczywiście, mam taką nadzieję. Konkurs otwarty jest także dla chórów alternatywnych, co więcej, również i tych ze zróżnicowanym repertuarem. Wszystko po to, byt dać różnym chórom więcej możliwości.

sobota, 31 lipca 2010

Wywiad: Joanna Klisowska

"GŁOS I PASJA" - ROZMOWA Z JOANNĄ KLISOWSKĄ

Polska sopranistka opowiada o miłości do muzyki, specyfice śpiewu chóralnego, planach na najbliższą przyszłość oraz o swej agencji koncertowej Astarte.



Nasi czytelnicy wiedzą już, że wejdzie Pani w skład jury Międzynarodowego Konkursu Śpiewu Chóralnego "Armonia di voci", który odbędzie się pod koniec października we włoskiej Pienzie. Jakie są Pani oczekiwania względem tego konkursu?

Spodziewam się usłyszeć kilka dobrych chórów. Choć sama pasjonuję się muzyką dawną i takową wykonuję, chętnie posłuchałabym też muzyki gospel, albo ciekawych transkrypcji chóralnych utworów nie przeznaczonych pierwotnie na chór.

Z jakich względów zdecydowała się Pani na przyjęcie zaproszenia do wzięcia udziału w tym wydarzeniu?

Śpiewem zajmuję się od lat. Najpierw śpiewałam właśnie w szkolnym chórze, następnie, podczas studiów wokalnych w Akademii Muzycznej, w znanym wrocławskim zespole Spirituals Singers Band. Z tym ostatnim nagrałam zresztą w 1999 roku płytę "Good News" dla wytwórni Koch International. Później występowałam jeszcze w różnych formacjach barokowych. W ramach swojej dotychczasowej działalności artystycznej i dydaktycznej pracowałam też z kilkoma chórami nad techniką wokalną.

wtorek, 20 lipca 2010

Relacja: Grunwald 2010

KLĘSKA POD GRUNWALDEM

Okrągła rocznica, prominentni goście, imponujące spoty reklamowe przygotowane przez zespół Platine Image oraz zachęcający program, którego główną atrakcję stanowić miała rekonstrukcja bitwy z udziałem dwóch tysięcy statystów. Krótko mówiąc: obietnica imprezy na europejskim poziomie. Cóż z tego, skoro jej organizację określić można tylko jednym słowem – katastrofa.

Ale kostiumy mieli ładne


Ale kostiumy mieli ładne i widać było, że się starają” - zagadnął starszy jegomość, przerywając ciszę, jaka od kilkunastu minut panowała na peronie dworca kolejowego w Olsztynku. „Szkoda, że tylko oni” - odparł stojący nieopodal mężczyzna. „Tylko oni się postarali” - dodał, kiedy dostrzegł pytający wzrok inicjatora rozmowy - „Bo o organizatorach powiedzieć tego nie można”.

Nie minęło pięć minut, nim zdawkowa wymiana zdań przerodziła się w żywiołową dyskusję, w którą zaangażowała się większość osób przebywających wówczas na peronie. Niemal każdy chciał dodać swój wers do spontanicznie rodzącej się litanii skarg i zażaleń.

Proszę mi powiedzieć, jak to jest możliwe, by na terenie całej imprezy nie można było kupić do picia niczego poza Tyskim i Coca-Colą?” - pytała kobieta w średnim wieku. „Zastanawia mnie, kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby przy takiej liczbie spodziewanych gości, o której od tygodnia mówią w telewizji, na całym polu postawić raptem trzy namioty, pod którymi można by skryć się przed słońcem” - wtórował jej wspomniany już jegomość. „Skwar jak w Mozambiku, a tam żadnego cienia” - dorzucił z oddali mężczyzna palący papierosa.

sobota, 26 czerwca 2010

Wywiad: Peter J. Birch i ET Tumason

31 maja w krakowskim klubie Żaczek odbył się koncert wchodzący w ramy wspólnej trasy polskiego songwritera Petera J. Bircha i islandzkiego bluesmana ET Tumasona. Zanim ich muzyka oczarowała zgromadzoną publiczność, zdążyliśmy przeprowadzić z nimi krótką rozmowę.
PETER. J. BIRCH





W chwili naszej rozmowy znajdujesz się na półmetku wspólnej trasy koncertowej z ET Tumasonem. Rozpoczęliście ją w Warszawie występem w Radiu Luxemburg, w ciągu kolejnych kilku dni zdążyliście odwiedzić Aleksandrów Kujawski, Kikół i Dąbrowę Górniczą, dziś zaś gościcie w Krakowie. Jakie są Twoje dotychczasowe wrażenia z trasy?

Jak najbardziej pozytywne. Przez ostatnie pięć dni dużo się działo, z ET dogadujemy się świetnie, więc jest sympatycznie. Mieliśmy również kilka mniej przyjemnych przygód. Podczas koncertu w Kikole ET pękł jego szklany slide od gitary, a chwilę później struna, jedyna której nie miał w komplecie, tak więc w zasadzie nie mógł dalej grać koncertu. Dałem mu swoją gitarę, ale wiadomo, że to nie było już to samo, gdyż on gra na gitarze klasycznej, a ja na akustycznej. Zresztą, bez slide’u jego muzyka jest uboższa. Wczoraj z kolei, podczas koncertu w Dąbrowie Górniczej, zatruliśmy się zapiekanką. ET ciężko było wczoraj nie tylko śpiewać, ale i funkcjonować. Sam czułem się „w miarę”, choć nie było jakoś rewelacyjnie, ale dzisiaj jest już tragedia totalna. Tak więc, jak widać, nie obyło się bez niespodziewanych wydarzeń.