Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2019

[Recenzja] "Time and Place Are Nonsense: The Films of Seijun Suzuki", Tom Vick

Twórczość Seijuna Suzukiego okiem kuratora filmowego

Tom Vick jest postacią zasłużoną dla popularyzacji azjatyckiego kina na Zachodzie. Niegdyś związany z Los Angeles County Museum of Art, od 2001 roku pracuje jako kurator filmowy w Freer  and Sackler Galleries – muzeum sztuki azjatyckiej działającym w ramach Smithsonian Institution w Waszyngtonie, gdzie odpowiada za organizację regularnych pokazów filmowych i okazjonalnych retrospektyw twórczości azjatyckich reżyserów[1], a także sprawuje pieczę nad odbywającymi się tam od ponad dwudziestu lat festiwalami Iranian Film Festival i Hong Kong Film Festival. Ponadto aktywnie angażuje się w festiwale organizowane przez inne podmioty[2], prowadzi wykłady i prelekcje poświęcone kinu Azji, czasami też publikuje artykuły popularyzatorskie na jego temat[3]  i udziela się jako krytyk filmowy (m.in. w serwisie AllMovie). W 2007 roku nakładem wydawnictwa HarperCollins ukazała się jego debiutancka książka – Asian Cinema: A Field Guide, w której dokonał przekrojowej prezentacji kinematografii Chin, Japonii, Indii, Hongkongu, Korei, Iranu, Tajwanu, Azji Południowej i Południowo-Wschodniej oraz Azji Centralnej i Środkowego Wschodu. Przed trzema laty Vick opublikował drugą książkę – omawianą tu monografię twórczości Seijuna Suzukiego, enfant terrible japońskiej branży filmowej.


piątek, 16 marca 2012

"13 zabójców" Takashi Miike

13 GNIEWNYCH LUDZI

Po seansie 13 zabójców na usta cisną się dwa słowa: Król powrócił! Remake zakurzonego samurajskiego klasyka okazał się tym, czego Takashi Miike od dawna potrzebował. To triumfalny powrót do czołówki japońskich filmowców. Sukces tym bardziej spektakularny, że na równi wyczekiwany, co niespodziewany, wszak większość krytyków – a i niemała część niegdysiejszych fanów – zdążyła już postawić na reżyserze krzyżyk, wieszcząc jego wypalenie twórcze i piętnując zaprzedanie duszy mamonie. Niepokorny Japończyk zaskoczył jednak wszystkich. Od lat nie nakręcił tak dobrego filmu.

Paradoksalnie, sukcesy lat 1999-2002, w których Miike stworzył swe najlepsze i najbardziej rozpoznawalne dzieła (Gra wstępna, Koroshiya 1, Bijitā Q, trylogia Dead or Alive), okazały się dla niego zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Wrota do świata wielkich wytwórni i solidnych budżetów stanęły otworem, wymusiło to jednak drastyczną zmianę stylu niegdysiejszego enfant terrible branży. Włodarzom wytwórni miłą była myśl, by na plakatach ich najnowszych produkcji widniało nazwisko kultowego reżysera, racjonalna kalkulacja podpowiadała jednak, że należy przytemperować mu pazur.

wtorek, 8 lutego 2011

"Samuraj-Szpieg" Masahiro Shinoda

Rzecz dzieje się w czasach dla historii Japonii dość ciekawych, bo pod koniec czternastoletniego okresu pomiędzy bitwą pod Sekigaharą, podczas której armia Ieyasu Tokugawy zmiażdżyła siły tzw. koalicji zachodniej, a oblężeniem Osaki, w wyniku którego to Tokugawom udało się ostatecznie zmieść z powierzchni ziemi klan Toyotomi, co zapewniło im pełną kontrolę nad krajem. Był to okres pełen napięcia, nad krajem ciążyło żywe wspomnienie krwawych starć, przyszła konfrontacja między klanami Tokugawa i Toyotomi jawiła się jako nieunikniona, zaś lojalności były płynne i niepewne. Japonię przemierzały rzesze tajnych agentów, za zadanie mających śledzenie posunięć najważniejszych graczy na arenie politycznej oraz odkrycie, po której stronie konfliktu opowiedzą się poszczególni daimyō. To właśnie w tym środowisku rozgrywa się akcja "Samuraja-szpiega" (alternatywnie: "Niezwykłej opowieści o Sarutobim Sasuke", jeżeli chcielibyśmy zostać wierni tytułowi oryginalnemu, nie zaś temu, na który zdecydował się amerykański dystrybutor filmu).

piątek, 14 stycznia 2011

Dyskretny urok socjalistycznego eskapizmu

Wbrew opinii inżyniera Mamonia polskie kino zdolne było wydać na swe łono obrazy pozbawione dłużyzn i wszechogarniającej nudy, pełne za to werwy, przygody, futurystycznych technologii i międzyplanetarnych lotów kosmicznych. Zwłaszcza w koprodukcjach.

Lato 1969 roku. Pokład „Świerczewskiego”. Słonce praży niczym w otwierających scenach „Upadku” Schumachera. W tle da się posłyszeć miarowy szum Wisły. Co jakiś czas ktoś potyka się o kolejne butelki płynnego chleba, radośnie wytaczające się spod leżaków. Za kamerą krzątają się Piwowarski i Barszczyński. Przed kamerą zasiada nieśmiertelny tandem Maklakiewicz-Himilsbach. Taśma się kręci. Maklakiewicz daje się porwać osobowości inżyniera Mamonia, który powoli eksplikuje kondycję polskiego kina:

Nie chodzę na filmy polskie w ogóle. Nudzi mnie to po prostu. Zagraniczny to owszem. Pójdę sobie. Bo fajne są zagraniczne. Wie pan? A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. Aż dziw bierze, że nie wzorują się na zagranicznych. Załóżmy proszę pana, że jakiś polski aktor gra, nie? Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa i patrzy tak… W prawo. Potem patrzy w lewo. Prosto. I nic. Dłużyzna, proszę pana. Siedzę sobie, proszę pana, w kinie. Pan rozumie. Patrzę na to… I aż mi się chce wyjść z kina, proszę pana. I wychodzę....

Wbrew temu, co sądzić mógł sceptyczny inżynier, również w ramach polskiego kina pojawiały się obrazy, w których działo się nie dość, że dużo, to i szybko, a nudy i dłużyzn zawierało się w nich tyle, ile logiki przyczynowo-skutkowej, czy poszanowania elementarnych praw fizyki. Bohaterowie ich, jeżeli już palili papierosa, czynili to w biegu lub podczas iście bondowskiego pościgu samochodowego, nie mając czasu nieśpieszne kontemplowanie przestrzeni rozpościerającej się przed ich oczyma. Nie brakowało i pozaziemskich cywilizacji, kamiennych posągów rażących śmiercionośnymi promieniami, wszelkiej maści zjaw i monstrów, tak swojskich, jak i z importu, super-komputerów, sztucznych ludzi, lśniących kombinezonów, czy majestatycznych statków kosmicznych. Zwłaszcza na kolei. Tfu! Zwłaszcza w koprodukcjach, tworzonych ramię w ramię przez ekipy bratnich republik socjalistycznych, raz za razem udowadniające, że niestraszna jest im konkurencja ze strony wielkich imperialistycznych wytwórni.


"Milcząca gwiazda" (Ignacy Machowski, Yoko Tani, Günther Simon)

środa, 5 maja 2010

"Deogratias. Opowieść o Rwandzie" Jean-Philippe Stassen

„Deogratias” – historia chłopca, który przeżył ludobójstwo w Rwandzie – jest dziełem wyjątkowym, zasługującym na to, by stanąć na jednej półce z poświęconym Holokaustowi „Mausem” Arta Spiegelmana.

Od kwietnia do lipca 1994 roku, Rwanda stała się areną jednego z najkrwawszych konfliktów w historii XX wieku. W ciągu niespełna 100 dni ekstremiści z plemienia Hutu wymordowali przynajmniej 800 tysięcy swoich sąsiadów. Ofiarami padały osoby wywodzące się z plemienia Tutsi oraz Hutu, którzy nie chcieli przyłożyć ręki do ich eksterminacji. W tym samym czasie wojska oenzetowskiego UNAMIR-u otrzymały rozkaz nie angażowania się w konflikt. Tykająca od lat bomba, wybuchła z pełnym impetem. Ulice spłynęły krwią, nie oszczędzano nikogo. A ulubioną bronią oprawców stała się importowana z Chin maczeta – tania i niezawodna.

Przez kilka lat po wkroczeniu do Rwandy zdominowanego przez Tutsi Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego, exodusu Hutu i względnego ustabilizowania sytuacji w kraju, w tzw. Świecie Zachodu o ludobójstwie mówiło się niewiele, a świadomość tych wydarzeń była nikła. Jak to zwykle bywa z wyrzutami sumienia cywilizowanego świata, starano się zmieć je pod dywan. Renesans tej historii nastąpił dopiero w XXI wieku. W 2003 roku Romeo Dallaire – były kanadyjski generał i głównodowodzący siłami UNAMIR-u, który wraz z 270 żołnierzami pozostał w ogarniętym chaosem kraju, zaraz po tym jak opuściło go większość kontyngentu – opublikował książkę, „Shake hands with the Devil” („Podać rękę diabłu”), w której opisał swe doświadczenia i wysiłki mające na celu uratowanie Tutsi. W następnych latach pojawił się szereg filmów poświęconych ludobójstwu, wśród których najważniejszymi były: „Hotel Rwanda” z 2004 roku, „Pieska śmierć” z 2005 roku i w końcu – w 2007 roku – ekranizacja wspomnień Dallaire'a. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jedna z pierwszych prób przedstawienia rwandyjskich czystek etnicznych miała miejsce na kartach komiksu. Tego trudnego zadania podjął się w 2000 roku Jean-Philippe Stassen, artysta od najmłodszych lat związany z Afryką, obecnie mieszkający zresztą na terenie Rwandy.

niedziela, 21 lutego 2010

"Dworzec dla dwojga" Eldar Riazanow


Kiedy Płaton Riabinin stawiał swe nogi na płycie dworca w prowincjonalnym miasteczku, nie mógł przypuszczać, że zamiast kilku chwil potrzebnych na spożycie szybkiego posiłku, przyjdzie mu na spędzić na stacji kolejne czterdzieści osiem godzin. Tym bardziej też pierwszy kontakt z opryskliwą kelnerką Wierą nie zapowiadał, że oto odnalazł on miłość swojego życia. A wszystko rozpoczęło się jak to zwykle w komediach romantycznych bywa – od pomyłki. Wiera zarzuca Płatonowi, że ten nie zapłacił za swój obiad, Płaton unosi się dumą, następuje wymiana wzajemnych nieuprzejmości. Z minuty na minutę o bohaterach dowiadujemy się coraz więcej, a kelnerka zrzuca z siebie maskę Ksantypy. I pewnie cały film potoczyłby się według znanego schematu, gdyby nie to, że Płatona nie gra Hugh Grant, a akcja filmu nie toczy się nad Sekwaną, Tamizą, opcjonalnie w okolicach Mostu Brooklyńskiego. No i oczywiście gdyby filmu nie nakręcił Eldar Riazanow.

„Dworzec dla dwojga” powstał w czasach, gdy Riazanow – niepokorne złote dziecko radzieckiej kinematografii i ulubieniec Sergiusza Eisensteina – konsekwentnie realizował w swych filmach założenie wyrównania proporcji, tego co rozrywkowe z tym, co refleksyjne. W produkcjach tych komizm łączy z liryzmem, coraz śmielej krytykując komunistyczne społeczeństwo. W „Dworcu dla dwojga” postulat ten został urzeczywistniony w pełni. Wartość filmu dostrzeżona została poza blokiem wschodnim – w 1983 roku brał on udział w konkursie głównym w Cannes, a dziś postrzega się go jako jedno z ważniejszych dzieł rosyjskiej kinematografii.

wtorek, 19 stycznia 2010

"Graf Zero" William Gibson

W chwili wydania „Neuromancera” Gibson ustawił sobie wysoko poprzeczkę. Choć jego drugiej powieści brakuje świeżości poprzedniczki, jest jej godną kontynuacją. To kawał dobrego science-fiction i żelazny kanon cyberpunku.

„Graf Zero” stanowi drugą odsłonę kultowej „Trylogii Ciągu” Wiliama Gibsona. Wydana w niespełna dwa lata po pionierskim „Neuromancerze” powieść na powrót zabiera czytelnika do świata przepełnionego ponadnarodowymi korporacjami, futurystycznymi technologiami, ciemnymi interesami oraz nieustannym pędem za informacją. O ile jednak o „Neuromancerze” pisać można wiele – wszak jest to sztandarowe dzieło Gibsona, wykładnia gatunku, powieść dla niego paradygmatyczna, słowem: biblia cyberpunku - o tyle sklecenie choć kilku oryginalnych zdań na temat „Grafa Zero” jest dla recenzentów wysoce problematyczne. Niemal wszystko co zostało powiedziane na temat „Neuromancera” można odnieść i do jego kontynuacji, ta stanowi bowiem konsekwentne rozwinięcie pierwotnej idei. Tylko tyle i aż tyle – chciałoby się rzec. Zamiast więc zajmować się nadprodukcją recenzenckich bytów, przez tworzenie ich w myśl zasady „kopiuj – wklej – zmień tytuł”, pragnę zasugerować czytelnikom zapoznanie się z recenzją „Neuromancera”, którą „z pewną dozą nieśmiałości” można potraktować jako mini kompendium wiedzy na temat cyberpunku, natomiast w niniejszym tekście skupić się na tym, co odróżnia „Grafa Zero” od jego poprzednika.

piątek, 8 stycznia 2010

"Życie w obrazkach" Will Eisner

Autobiograficzne opowieści ikony amerykańskiego komiksu to lektura porywająca czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Każdy kadr jest machiną czasu, przefiltrowaną przez wrażliwość nowojorskiego marzyciela.

„Nie stworzyłem komiksu, ale byłem obecny przy jego narodzinach” – wielokrotnie powtarzał Will Eisner. Trudno stwierdzić, ile w tej wypowiedzi kokieterii i autokreacji, a ile rzeczywistej skromności artysty, pewnym jest jednak to, że nie oddaje ona w pełni zasług Eisnera dla rozwoju opowieści obrazkowych. Jeżeli bowiem spojrzymy na współczesny komiks amerykański, odnalezienie w nim elementów, których nie da się wyprowadzić od tego nowojorskiego rysownika i scenarzysty, okaże się zadaniem niemal niemożliwym. Kiedy zaczynał on swoją karierę, komiks funkcjonował głównie w postaci pasków publikowanych w gazetach, w chwili jego śmierci natomiast nie musiał już walczyć o uznanie za gałąź sztuki równorzędną z literaturą czy kinem, a teksty o nim zadomowiły się w opiniotwórczych pismach.

To właśnie Eisner jako jeden z pierwszych rysowników zaczął postrzegać komiksową planszę jako spójną całość, a nie ledwie ciąg następujących po sobie obrazków. To on, tworząc w latach czterdziestych postać Spirita, zaczął eksperymenty z dłuższą – wtedy jeszcze siedmiostronicową – formą opowieści, skierował komiks do dorosłego odbiorcy i wprowadził do opowieści obrazkowych elementy pastiszowe i autoironiczne. W końcu to on, zainspirowany w owym czasie możliwościami jakie dawał komiks niezależny i zafascynowany twórczością Roberta Crumba, wydał w 1978 pierwszą powieść graficzną. „Umowa z Bogiem”, bo o niej mowa, zawierała wszystkie te elementy, z których do dziś korzystają kolejne generacje twórców – liczbę stron kilkukrotnie przekraczającą standardową objętość zeszytu komiksowego, pieczołowicie wykonaną szatę graficzną, poważną problematykę i sporą dozę wątków autotematycznych. Zdając sobie sprawę z tego, jak wielki dług względem Eisnera ma komiks, Amerykanie postanowili należycie go uhonorować. Zamiast jednak – jak to mają w zwyczaju – przymuszać go do nurzania rąk w cemencie i odbijania ich na chodnikach, nazwali jego imieniem najważniejszą nagrodę przemysłu komiksowego.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

"Północna ściana" Philipp Stölzl

W europejskim folklorze i literaturze mianem Ogra określa się ogromnego człekokształtnego potwora, który szczególnie umiłował sobie smak ludzkiego mięsa. Przynajmniej od XIII wieku zniemczona wersja tego słowa – Eiger – funkcjonuje jako nazwa jednego z największych szczytów Alp Berneńskich. Majestatyczny szczyt pochłonął życie wielu śmiałków, którzy postanowili się na niego wspiąć. Ich stopy traciły grunt pod nogami, ręce nie zdołały chwycić lin asekuracyjnych, a ciała zostały zmiażdżone na skałach, niczym w szczękach mitycznego monstrum. Szczególnie złą sławą cieszyła się północna, niemal pionowa ściana szczytu, która do historii alpinistyki przeszła jako „Mordwand” – „Ściana Śmierci”. Skalisty Ogr przez lata w równym stopniu przerażał, co fascynował, przyciągając do siebie ryzykantów, gotowych postawić na szali swe życie, by tylko móc powiedzieć, że to oni pierwsi przebyli tę niebezpieczną trasę. O jednej z takich wypraw opowiada film Philippa Stölzla.

Główna oś fabuły „Północnej ściany” opiera się na autentycznych wydarzeniach, jakimi była próba sforsowania „Mordwandu”, której podjęli się w lipcu 1936 roku dwaj bawarscy alpiniści – Tony Kurz i Anders Hinterstoisser. Już na ścianie połączyli się oni z ekipą austriacką, w której skład wchodzili Edi Rainer i Willy Angerer. Przebieg wyprawy został przez Stölzla i wspomagających go scenarzystów zrekonstruowany dość wiernie, choć nie obyło się bez kilku drobnych zmian, mających na celu zwiększenie dramatyzmu opowieści.

czwartek, 31 grudnia 2009

"Dzieci Groznego" Åsne Seierstad

Rozmiłowana w Bułhakowie była studentka filologii rosyjskiej przybyła do kraju, w którym w szkołach dzieci uczą się, że do domu lepiej wracać obłoconą drogą, niż piękną łąką. Na tej pierwszej bowiem znajduje się mniej min.

„Terek pluszcze o kamienie, toczy mętny zdrój; na brzeg pełznie zły Czeczeniec, ostrzy kindżał swój” – pisał w połowie XIX wieku rosyjski poeta i prozaik Michaił Lermontow, oddając strach i pogardę jaką wobec dążących do niezależności mieszkańców Kaukazu odczuwali Rosjanie. Przeszło sto lat później niemal identyczny pogląd wyraża Nikołaj, młodzieniec z Uljanowska, który stał się kaleką, po tym jak nadepnął na minę na drodze do czeczeńskiego Centoroj, Aleksiej, student, którego klatkę piersiową przyozdabia tatuaż z rosyjskim orłem trzymającym w dziobie swastykę, dwóch profesorów matematyki zmierzających na konferencję w Moskwie, oraz całe rzesze podobnych im mieszkańców byłego Związku Radzieckiego. Być może myśleliby inaczej, gdyby na początku lat dziewięćdziesiątych Dżochar Dudajew nie potraktował zbyt poważnie wypowiedzi Borysa Jelcyna, który zachęcał każdego, aby wziął tyle wolności, ile jest w stanie unieść.

wtorek, 29 grudnia 2009

Bajzel "Miłośnij"

Od pierwszych taktów aż do samego końca płyta trzyma równy, wysoki poziom. W końcu nie bez powodu Bajzel określany bywa mianem nadziei polskiej sceny alternatywnej.

Orson Welles powiedział kiedyś: „We Włoszech przez trzydzieści lat rządów Borgów mieli wojnę, terror, mord i rozlew krwi. Zrodzili Michała Anioła, Leonarda da Vinci i renesans. W Szwajcarii mieli braterską miłość, pięćset lat demokracji i pokoju i co zrodzili? Zegar z kukułką”. Chaos może być kuźnią arcydzieł. Nie powinno nas zatem dziwić, że bajzel jest w stanie stworzyć dobre płyty.

W rok po udanym debiucie nowy krążek wypuścił Bajzel, prywatnie Piotr Piasecki – młody talent odkryty przez Tymona Tymańskiego, jeden z ciekawszych jednoosobowych zespołów od czasu Patyczaka i jego niezniszczalnej gitary, muzyk okrzyknięty nadzieją polskiej sceny alternatywnej, którego na łamach „Newsweeka” Robert Ziębiński niebezpodstawnie określił mianem polskiego Becka et cetera, et cetera. I jak to zwykle życiu bywa, przez rok wiele się zmieniło, a jeszcze więcej pozostało takie same. Z rzeczy nowych warto odnotować fakt, że Bajzel zaczął pisać teksty w języku polskim, z rzeczy niezmiennych natomiast to, że „Miłośnij” trzyma poziom.

piątek, 18 grudnia 2009

"Siódmy Dzień" Carlos Saura

"Siódmy dzień" do kanonu sztandarowych dzieł Carlosa Saury na pewno nie wejdzie, nie ma jednak powodów, dla których miałby nie wejść w skład wideoteki miłośników kina. Choć nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań, jest to obraz nad wyraz przyzwoity.

Po sześciu dniach tworzenia świata Bóg odpoczął, dając tym samym przykład człowiekowi. Pamiętnej niedzieli, 26 sierpnia 1990 roku, bracia Izquierdo nie poszli w jego ślady. Zamiast odpoczywać, wysłali przed oblicze Pana osiem osób. Osiem, ponieważ niecelnie strzelali. Ich kule dosięgły łącznie dwadzieścia jeden mieszkańców Puerto Urraco. Powodem, dla którego ulice wioski spłynęły krwią, była długoletnia waśń rodowa, tocząca się między familiami Izquierdów i Cabanillasów. Historia ta nie powstała w głowie żadnego scenarzysty. Napisało ją życie, hiszpańska mentalność i kultura, w której prawo rodowej zemsty jest święte. Po czternastu latach od tragedii, historię tę na warsztat wziął Carlos Saura, uznawany przez krytyków za jednego z najwybitniejszych hiszpańskich reżyserów. Nieco zmienił, jeszcze więcej dodał, a wszystko to ukrasił pięknymi zdjęciami i porywającą muzyką. Udało mu się zgromadzić i odpowiednio pokierować znakomitą obsadą, w skład której weszli m.in. Victoria Abril, José Luis Gomez, Juan Diego i José Garcia.

niedziela, 13 grudnia 2009

"Rękopis zapodziany w Saragossie" Krzysztof Rudowski

Powieść Rudowskiego sprawdza się nie tylko jako udana kontynuacja dzieła Jana Potockiego, lecz również jako utwór niezależny. Jest inteligentnie i z humorem – zupełnie jak na okładce.

By przekonać się, jak trudno o dobrą kontynuację, nie trzeba wybiegać pamięcią daleko w przeszłość – wystarczy przypomnieć sobie prezydenturę Georga W. Busha i wskaźniki poparcia społecznego na koniec jego pierwszej i drugiej kadencji. Świat wielkiej polityki od literatury różni to, że w tym drugim przypadku nie można liczyć, aby coś umknęło uwadze oceniających – wszystko wszak pozostaje na papierze. Kredyt zaufania, jakim czytelnicy darzą autora, jest w istocie sporym brzemieniem, który strącił z piedestału już niejednego. Cóż więc z tego, że „najbardziej lubimy to, co już kiedyś jedliśmy”, skoro nic nie smakuje tak dobrze jak w przeszłości, a i ryzyko, że na naszym talerzu pojawi się ogrzewany kotlet, jest raczej wysokie.

Napisanie dobrej kontynuacji jest zadaniem jeszcze trudniejszym, kiedy podejmuje się go osoba inna niż sam twórca oryginału. A kiedy już młody twórca mierzy się z jednym z największych arcydzieł polskiej literatury, sam fakt stworzenia książki, której lekturze nie towarzyszy grymas odrazy na twarzy czytającego można rozpatrywać w kategoriach sukcesu. Krzysztof Rudowski nie dość, że ten „plan minimum” zrealizował, dostarczył w nasze ręce powieść naprawdę dobrą. Co więcej, „Rękopis zapodziany w Saragossie” sprawdza się nie tylko jako udana kontynuacja dzieła Jana Potockiego, lecz również jako utwór niezależny.

piątek, 11 grudnia 2009

"Henri Désiré Landru" Christophe Chabouté

„Henri Désiré Landru” jest pozycją solidną, pełnymi garściami czerpiącą z dorobku nie tylko samego komiksu, ale i innych form sztuki. To trzymająca w napięciu klasyczna opowieść kryminalna, z wisienką na torcie, w postaci alternatywnej wersji znanej wszystkim historii.

Henri Désiré Landru był typem człowieka, którego mijamy na ulicy bez mrugnięcia okiem, a na towarzyskich spotkaniach głęboko wytężamy pamięć i pstrykamy palcami próbując dopasować nazwisko do znajomej twarzy. Ot, drobny, stateczny pan o nienagannych manierach, które pozwalały mu wywrzeć pozytywne wrażenie na otaczających go damach, pozbawiony jednak przebojowości, która pozwoliłaby mu brylować w towarzystwie. Kiedy ogląda się jego archiwalne fotografie, trudno uwierzyć, że we francuskiej kulturze człowiek ten może zajmować miejsce, które u Anglików przeznaczone zostało Kubie Rozpruwaczowi. Słowem – być pierwszym seryjnym mordercą nowej ery, symbolem zmian jakie zaszły w świecie wraz z ostatecznym upadkiem tradycyjnego społeczeństwa.

czwartek, 26 listopada 2009

Pati Yang "Faith, Hope and Fury"

Choć „Faith, Hope And Fury” krążkiem legendarnym raczej się nie stanie, nie zmienia to faktu, że na półki sklepowe trafił album naprawdę dobry.

Po czterech latach, jakie minęły od wydania doskonałego „Silent Treatment”, Pati Yang postanowiła uraczyć swoich słuchaczy nowym krążkiem. O płycie stało się głośno na długo przed tym nim ujrzała światło dzienne. Do fanów docierał szereg informacji, w których niczym mantra przewijało się słowo „legendarny” w różnych jego wariacjach i deklinacjach. Album miał więc powstawać w legendarnym studiu, założonym przez legendarnego producenta George’a Martina, a w pracy nad nim mieli brać udział nie mniej legendarni muzycy. 27 marca każdy mógł przekonać się jaki jest efekt końcowy wytężonej pracy piosenkarki. I choć „Faith, Hope and Fury” krążkiem legendarnym raczej się nie stanie, nie zmienia to faktu, że na półki sklepowe trafił album naprawdę dobry, o lata świetlne pozostawiający w tyle to, co w naszym kraju jest obecnie produkowane. Pati Yang, będąca naszym muzycznym „towarem eksportowym”, po raz kolejny udowodniła, że kariera na tak zwanym „Zachodzie”, nie musi ograniczać się do przygrywania rozsianej po całym świecie Polonii. W przeciwieństwie do takiej Edyty Górniak, która ostatnimi laty słynie jedynie ze swojego nadęcia, Pati długoletni pobyt w UK wyraźnie służy.

środa, 25 listopada 2009

"W Azji" Tiziano Terzani

Orient, będący dla człowieka Zachodu ucieleśnieniem egzotyki, od wieków fascynował i przyciągał. Terzani odczarowuje nam ten świat, pokazując kontynent pełen sprzeczności, w którym pięknu ciągle towarzyszy terror.

Spośród wszystkich magicznych słów, jakimi kiedykolwiek posłużył się człowiek, „co” posiada największą moc. Co znajduje się za tamtym lasem?. Co stanie się, jeżeli połączę siarkę z saletrą?. Co sprawia, że morskie fale raz to wdzierają się w głąb lądu, innym zaś razem powracają do miejsca, z którego przybyły? Co to za punkty jaśnieją na niebie? Niektórym zajmie to kilka minut, innym całe stulecia, lecz wszystkie tego typu pytania, prędzej czy później, przerodzą się w odpowiedzi. W pewnym sensie, dzieje ludzkości są historią stopniowego kurczenia się obszaru nieznanego. Nieprzypadkowo, na długo przed wynalezieniem druku, telewizji i Internetu, ludzie gromadzili się w wolnych chwilach wokół paleniska i popijając chmielem przygryzane mięsiwo, zasłuchiwali się w opowieściach cudzoziemców, podróżników i bajarzy, którzy zawitali na ich ziemie. Choć tęsknota za nieznanym pozostawała, większość z nich nigdy nie zdecydowała się wyruszyć w świat, podejrzewając – całkiem zresztą słusznie – że za „tamtym lasem” najpewniej znajduje się miejsce, w którym po głowie dostać łatwiej, niż w rodzimej wiosce. Istnieli jednak ludzie, którzy, gnani pędem do wiedzy, nie bacząc na niewygody i niebezpieczeństwa, ruszali w świat, by na mapach znaczyć nie odkryte dotąd lądy. Do grona tych niespokojnych duchów należał Tiaziano Terzani, zapiski z jego wędrówek znalazły się zaś w wydanej niedawno książce „W Azji”.

wtorek, 24 listopada 2009

"Berlin" Marvano

Pierwszy autorski projekt Marvano, w perfekcyjny sposób łączący ze sobą kawał historii XX wieku z fikcją literacką, to koronny argument za tym, by Belga przestać postrzegać jako „rysownika od Haldemana”, a zacząć jako „twórcę trylogii berlińskiej”.

Polskim miłośnikom komiksu Mark Van Oppen, skrywający się pod pseudonimem Marvano, znany jest przede wszystkim jako długoletni współpracownik Joe Haldemana. Belgijski ilustrator i amerykański pisarz science-fiction wspólnymi siłami przenieśli na karty komiksu dwie najsłynniejsze powieści tego drugiego – „Wieczną Wojnę” i „Wieczny Pokój” oraz stworzyli serię „Dallas Barr” będącą rozwinięciem uniwersum wykreowanego na potrzeby książki „Buying Time”. Niestety, przez długie lata dorobek Marvano, wykraczający poza działalność w tym tandemie, stanowił dla większości polskich czytelników wielką niewiadomą. Trudno dziwić się więc, że choć na Zachodzie jest on postrzegany jako artysta niezależny, angażujący się we współpracę z innymi scenarzystami, to nad Wisłą traktuje się go przede wszystkim jako „rysownika od Haldemana”. Oto jednak na naszym rynku pojawił się album, co do którego nie ma wątpliwości, że sytuację tę odmieni. „Berlin”, bo o nim mowa, stanowi bowiem pierwszy w pełni autorski projekt Marvano, w którym artysta dał się poznać nie tylko jako doskonały grafik, ale i kompetentny scenarzysta.


wtorek, 17 listopada 2009

Muariolanza "Wszystko będzie inaczej"

Jak wskazuje samy tytuł wydawnictwa w muzyce Muariolanzy sporo się zmieniło. Krążek wypełniają kompozycje melodyjne i przystępne, przy czym nadal niełatwe do zagrania, pełne urozmaiceń i muzycznych smaczków.

Trzeci krążek Muariolanzy zadaje kłam stwierdzeniu, jakoby muzyka jazzujących zespołów nie mogła obejść się bez długich eskapad w rejony totalnej improwizacji, a jazzujący muzyk uschnąłby ze smutku, gdyby nie dane było mu w każdym utworze zaprezentować popisowych solówek. Choć na "Wszystko będzie inaczej" nie zabrakło drobnych wycieczek, we wszystkich kompozycjach są one wyraźnie podporządkowane głównemu tematowi. Samym muzykom nie zabrakło okazji do tego, by wykazać się umiejętnościami, w większym jednak stopniu niż poszczególnych utworów, dotyczy to przestrzeni całej płyty. Godne to pochwały – a i w środowisku nie takie znowu częste – jest to, że egoizm muzyczny poszczególnych członków zespołu został przystopowany. Dzięki temu wsłuchując się w dźwięki albumu, ma się wrażenie obcowania z dziełem prawdziwie kolektywnym, nie zaś tylko wspólną inicjatywą przypadkowych solistów.

niedziela, 15 listopada 2009

"Kajtek i Koko - Poszukiwany Zyg-Zak" Janusz Christa

Siódma odsłona serii zebranych opowieści Janusza Christy to nie tylko solidny kawał polskiej historii komiksu, ale również dobra rozrywka dla całej rodziny.

Gdyby na początku lat 90-tych przeprowadzić uliczny sondaż i zapytać losowo wybrane osoby o to, z czym kojarzy im się słowo „komiks”, większość odpowiedzi krążyłaby zapewne wokół postaci Janusza Christy. Może niewielu potrafiłoby zidentyfikować go z imienia i nazwiska, spora część zagabywanych miałaby też trudności z przypomnieniem sobie imion stworzonych przez niego bohaterów, niemal każdy jednak przywołałby z zakamarków pamięci obraz dwóch wojów, broniących swego grodu przed zakusami niecnych zbójcerzy. Przygody Kajka i Kokosza oddziaływały na wyobraźnię kilku pokoleń Polaków jeszcze długo po roku 1990, kiedy to ukazał się ostatni poświęcony im album. Trudno się temu dziwić, wszak jest to szczytowe osiągnięcie Christy – komiks, w którym każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Najmłodsi odnaleźli w nim bajkowy świat i slapstickowy humor, starsi pierwszorzędny humor słowny i sytuacyjny, ukraszone domieszką absurdu, najstarsi zaś zrywali boki ze śmiechu odkrywając – z każdym albumem coraz gęściejsze – nawiązania do socjalistycznych realiów.

wtorek, 10 listopada 2009

"Rock'n'Rolla" Guy Ritchie

Nie czas na eksperymenty, pora wrócić do korzeni – tak streścić można ideę, jaka przyświecała Ritchiemu podczas prac nad jego ostatnim filmem.

Kiedy w 1998 roku, za sprawą „Porachunków”, Guy Ritchie został okrzyknięty mianem brytyjskiego Quentina Tarantino, wszystko wskazywało, że tego młodego reżysera czeka świetlana przyszłość. Zachęcony sukcesem zakasał rękawy i wziął się do pracy nad kolejnym filmem. W „Przekręcie” wykorzystał wszystko, to co sprawiło, że jego debiut spotkał się z tak przychylnym przyjęciem. Za pomocą iście altmanowskiej narracji połączył szereg interesujących postaci, które zaplątał w kryminalną intrygę podlaną sosem brytyjskiego humoru. „Przekręt” z miejsca stał się filmem kultowym, który zagwarantował reżyserowi awans do ścisłej czołówki twórców kina rozrywkowego oraz mały bonus w postaci małżeństwa z Madonną.

Na tym etapie kariery Ritchie słusznie zauważył, że kręcąc dalsze wariacje na temat „Porachunków” szybko zostanie zaszufladkowany. Postanowił więc spróbować swych sił w innym typie kina. Niestety dwa jego kolejne filmy okazały się tak artystycznymi jak i finansowymi porażkami. W ubiegłym roku reżyser podjął próbę ożywienia swojej kariery. Tym razem dla eksperymentów nie miało być miejsca. Recepty na sukces upatrywał w powrocie do sprawdzonej formuły. Tak narodziła się wizja filmu „Rock’n’Rolla”, który trafił właśnie na polski rynek DVD.