poniedziałek, 16 września 2019

[Recenzja] "Time and Place Are Nonsense: The Films of Seijun Suzuki", Tom Vick

Twórczość Seijuna Suzukiego okiem kuratora filmowego

Tom Vick jest postacią zasłużoną dla popularyzacji azjatyckiego kina na Zachodzie. Niegdyś związany z Los Angeles County Museum of Art, od 2001 roku pracuje jako kurator filmowy w Freer  and Sackler Galleries – muzeum sztuki azjatyckiej działającym w ramach Smithsonian Institution w Waszyngtonie, gdzie odpowiada za organizację regularnych pokazów filmowych i okazjonalnych retrospektyw twórczości azjatyckich reżyserów[1], a także sprawuje pieczę nad odbywającymi się tam od ponad dwudziestu lat festiwalami Iranian Film Festival i Hong Kong Film Festival. Ponadto aktywnie angażuje się w festiwale organizowane przez inne podmioty[2], prowadzi wykłady i prelekcje poświęcone kinu Azji, czasami też publikuje artykuły popularyzatorskie na jego temat[3]  i udziela się jako krytyk filmowy (m.in. w serwisie AllMovie). W 2007 roku nakładem wydawnictwa HarperCollins ukazała się jego debiutancka książka – Asian Cinema: A Field Guide, w której dokonał przekrojowej prezentacji kinematografii Chin, Japonii, Indii, Hongkongu, Korei, Iranu, Tajwanu, Azji Południowej i Południowo-Wschodniej oraz Azji Centralnej i Środkowego Wschodu. Przed trzema laty Vick opublikował drugą książkę – omawianą tu monografię twórczości Seijuna Suzukiego, enfant terrible japońskiej branży filmowej.


piątek, 30 sierpnia 2019

Geekturystyka: Pięć sklepów z komiksami w Barcelonie

Nim przejdę do rzeczy – uspokajam. Nie planuję przekształcenia bloga w podróżniczy, a tym bardziej (o zgrozo!) lifestylowy. Nadarzyła mi się jednak niedawno okazja, by odwiedzić Barcelonę, a w niej kilka miejsc, które mogą zainteresować część Czytelników i Czytelniczek, uznałem więc, że warto skreślić o nich kilka zdań.

Gwoli wyjaśnienia. Za granicą bywam rzadko, ale gdy już gdzieś jestem, staram się rzucić okiem, jak przedstawiają się tam sprawy kulturalno-wydawnicze, od kina domowego, przez komiksy, po książki – co się wydaje, ile kosztuje, jak wyglądają sklepy specjalistyczne itp. Zazwyczaj po prostu zachodzę do dwóch, trzech losowych księgarni i – jeśli mam taki po drodze – lokalnego Media Marktu czy innego Media Expertu. Tym razem jednak byłem przygotowany – tuż przed wyjazdem odnotowałem nazwy i adresy pięciu sklepów komiksowych polecanych w internetach.

Postawiłem na sklepy komiksowe, ponieważ wielokrotnie słyszałem i czytałem, że hiszpański rynek komiksowy jest potężny, i chciałem przekonać się o tym na własne oczy. Tym bardziej, że o komiksie w Hiszpanii wiedziałem niewiele – znałem prace realizowane na rynek amerykański przez twórców związanych ze studiem Sellectiones Illustrada, widziałem większość numerów magazynu „Cimoc” (na który trafiłem śladem serii Hombre Joségo Ortiza i Antonia Segury), kojarzyłem reputację pisma „El Vibora”, gdzieś tam kołatało mi, że sporo światowej klasyki zaprezentował w Hiszpanii magazyn „Totem”, słyszałem też, że dużo amerykańskiego komiksu ukazuje się tam nakładem Panini Comics i Planeta DeAgostini. A tak! Znałem również serię „El Guerrero del Antifaz” („Wojownik w masce”). I to by (chyba) było na tyle.

środa, 17 kwietnia 2019

Z dziejów kina w Polsce: Uprowadzenie Maxa Lindera w Warszawie

Do dużego wschodnioeuropejskiego miasta ma przybyć na kilka występów gwiazdor światowego formatu. Bilety wyprzedają się z wyprzedzeniem. W dniu, w którym artysta ma zjawić się na stacji kolejowej, komitet powitalny odkrywa, że nie ma go w pociągu, choć z całą pewnością do niego wsiadł. Na organizatora wydarzenia pada blady strach. Kilka godzin przed pierwszym planowanym występem, do organizatora dzwoni jego konkurent – mówi, że zna miejsce pobytu gwiazdora i jest skłonny je wyjawić w zamian za  część zysków z imprezy. A wie, gdzie ten przebywa, ponieważ sam dzień wcześniej go uprowadził.

Brzmi to jak scenariusz filmu sensacyjnego z życia dzikiego Wschodu? Niewątpliwie. Ale historia wydarzyła się naprawdę. Wschodnioeuropejskim miastem była Warszawa, gwiazdorem – popularny komik Max Linder, a konkurującymi ze sobą biznesmenami – Aleksander Hertz, właściciel przedsiębiorstwa filmowego „Sfinks”, i Mojżesz Towbin, właściciel przedsiębiorstwa filmowego „Siła”. A działo się to na początku 1914 roku.

Max Linder  – (nieświadomy?) bohater dramatu.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Wygrzebane w archiwach: "Narodziny prawdziwego teatru", czyli Bolesława Gorczyńskiego fantazja o przyszłości filmu

Mamy dziś ogromne możliwości w zakresie wyboru sposobów konsumpcji fikcjonalnych fabuł. Możemy wybrać się do teatru lub do kina, zasiąść przed telewizorem, oglądać filmy online. Nie zawsze jednak tak było – niegdyś media konkurowały ze sobą z taką zaciętością, że triumf jednego był jednoznaczny ze śmiercią innego.

Było tak choćby w Warszawie w latach 1915-1935, kiedy to tradycyjny teatr padł pod naporem kina, to z kolei oddało pola telewizji, wreszcie zaś – teatr odrodził się, domowe odbiorniki wyrzucono na śmietniki, a kina zniknęły z pejzażu miejskiego.


poniedziałek, 14 stycznia 2019

Legion Przyzwoitości potępia i ostrzega: 20 filmów, których nie powinien oglądać katolik

Niewiele było i jest na świecie zjawisk tak egalitarnych, jak cenzura dokonywana z punktu widzenia moralności. Przynajmniej jeśli uznamy, że ocenianie jakiegokolwiek utworu z perspektywy poczucia moralności konkretnej grupy nie jest z definicji nieegalitarne. Po prawdzie – jest, ale taka konstatacja nie służy temu wstępowi. Nie pozwólmy więc, by wstrzymały nas zasadne wątpliwości, i wróćmy na właściwe tory. A nawet lepiej – przejdźmy od razu do kina.

Na przestrzeni ponadstuletniej historii kina rozmaite organizacje cenzorskie w swej ocenie filmów rzadko brały pod uwagę ich wartości artystyczne i rozrywkowe, personalia twórców czy gatunek. Cenzurze – bądź ocenie, w przypadku organizacji, które formalnie nie były instytucjami cenzorskimi – podlegały filmy i wielkie, i błahe, dostarczające przedniej rozrywki i nużące, produkowane przez czołowe wytwórnie i niewielkie przedsiębiorstwa filmowe, tworzone przez hołubionych filmowców i bezimiennych reżyserów etc. Jedną z instytucji parającym się opiniowaniem filmów i niebaczących przy tym na nic, poza ich wymiarem moralnym, był amerykański Narodowy Legion Przyzwoitości (National Legion of Decency), zwany również – po prostu – Legionem Przyzwoitości.

Manifestacja członków Narodowego Legionu Przyzwoitości.
Źródło: FIRE.

środa, 31 października 2018

Wypożyczalnia książek Internet Archive - czym jest i czy działa?

Niniejszy wpis powstał pierwotnie z myślą o fanpejdżu, gdzie zamieściłem jego pierwszą wersję. Po krótkim namyśle stwierdziłem jednak, że warto przenieść go na bloga, przy okazji nieco rozszerzając, a to z kilku względów. Przede wszystkim – w wersji blogowej jest on znacznie czytelniejszy niż w postaci wpisu na fanpejdżu. Ponadto na blogu mogłem nie tylko wprowadzić większą liczbę ilustracji (zrzutów ekranu) niż na fanpejdżu, ale i umieścić je bezpośrednio przy wiążących się z nimi partiach tekstu. W końcu zaś  – notkę na blogu o wiele łatwiej odnaleźć (a także udostępnić) niż wpis na Facebooku, a mam nieśmiałą nadzieję, że prezentowane tu treści okażą się dla kogoś przydatne.

Przejdźmy jednak do rzeczy.

Z myślą o tym wpisie nosiłem się od dłuższego czasu. A kiedy piszę „od dłuższego czasu”, nie mam na myśli dwóch tygodni czy dwóch miesięcy, lecz dwa lata. Jakoś się jednak nie złożyło. W końcu – po finalizacji projektu, który spędzał mi sen z powiek przez ostatnie dwa lata  – stwierdziłem, że czas najwyższy wrócić do pomysłu.

Podejrzewam, że spora część Czytelników i Czytelniczek bloga i/lub fanpejdża zna repozytorium cyfrowe Internet Archive, a spora część tej sporej części mniej lub bardziej regularnie z niego korzysta. Bo warto –nie bez powodu redakcja Gizmodo umieściła Internet Archive na piątym miejscu listy stu stron, które ukształtowały współczesny Internet (po Wikipedii, Google, YouTube i The Onion). Internet Archive wykonuje w zakresie digitalizacji i cyfrowej dystrybucji wszelkiej maści publikacji lepszą robotę niż jakakolwiek biblioteka cyfrowa

Strona główna Internet Archive (archive.org).

wtorek, 21 sierpnia 2018

Archiwum fanpejdża: Z dziejów amerykańskiego komiksu #1

1. Roy Thomas rozwiązuje problem z cenzurą Nicka Fury'ego według Jima Steranki

Data publikacji na fanpejdżu: 16.05.2018.

Zgodzimy się chyba wszyscy, że cenzura nie jest, co do zasady, zbyt fajnym zjawiskiem. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto byłby psychofanem cenzury – jeśli już ktoś wypowiadał się o niej w trybie afirmatywnym, zawsze towarzyszyły temu mniejsze lub większe zastrzeżenia („w niektórych przypadkach”, „racja stanu”, „dzieciaczki” itd. itp.). Niemniej, zdarza się, że jej funkcjonowanie wyzwala w twórcach pokłady kreatywności, wskutek czego tworzą rzeczy ciekawsze od tych, jakie stworzyliby, gdyby mogli powiedzieć i/lub pokazać wszystko.

Bywa i tak, że rzeczy piękne i dobre rodzą się nie pod wpływem długiego namysłu, jak przechytrzyć cenzurę, lecz spontanicznych decyzji podyktowanych nadciągającym dedlajnem. Tak stało się w przypadku planszy z drugiego zeszytu komiksu „Nick Fury, Agent of S.H.I.E.L.D.” z 1968 roku.

Nick Fury, Agent of S.H.I.E.L.D. #2 (Marvel Comics, lipiec 1968).

środa, 27 czerwca 2018

II wojna światowa w amerykańskich komiksach grozy z lat 50. XX wieku.

Dziś w nikim nie budzi już chyba wątpliwości stwierdzenie, że niemożliwe jest opisanie dziejów jakiegokolwiek medium w oderwaniu od szerszej historii, w ramach której to kształtowało się, funkcjonowało i ewoluowało. Wśród badaczy komiksu panuje powszechny konsensus, w myśl którego do rozwoju rynku komiksowego w USA wydatnie przyczyniła się II wojna światowa. 

Szacuje się, że w latach 1942-1946 poziom sprzedaży komiksów zwiększył się z 12 mln. do 60 mln. egzemplarzy miesięcznie, a czytało je wówczas około 80. proc. Amerykanów między 6. a 17. rokiem życia i około 30 proc. w przedziale wiekowym 18-30[1]. Znaczną część czytelników stanowili amerykańscy żołnierze walczący w Europie i w Azji – komiksy stanowiły około 25 proc. periodyków wysyłanych na front, a regularnie czytało je 44 proc. z 12 mln. poborowych, zaś okazjonalnie – około 20 proc.[2].

Jak pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów, branżę komiksową w przeważającej większości cechowały nastroje interwencjonistyczne – w czym niewątpliwą rolę ogrywał fakt, że znaczna część jej pracowników miała pochodzenie żydowskie – toteż niektórzy bohaterowie komiksów ścierali się z nazistami jeszcze przed otwartym zaangażowaniem się USA w konflikt. Początkowo wrogowie nie byli identyfikowani wprost, jednak aluzje były czytelne. Przykładowo: w pierwszym odcinku serii Espionage opublikowanym w „Smash Comics” z sierpnia 1939 roku antagonistą był stylizowany na Hitlera dyktator Argentyny, zaś w historii Mercury in the 20th Century zawartej w „Red Raven Comics” z sierpnia 1940 roku bohater mierzył się z żołnierzami Rudopha Hendlera, przywódcy państwa Pruslandia. Część twórców i wydawców zaczęła eksplicytnie wskazywać na nazistowskie Niemcy jako wroga już w 1940 roku. W latach 1942-1945 wojna z „Japonazistami”  stanowiła jeden z dominujących tematów amerykańskich komiksów, lecz po jej zakończeniu szybko niemal zupełnie zniknęła z ich kart.

Vlamir Koran, dyktator Argentyny („Smash Comics” #1, Quality Comics, sierpień 1939).

środa, 6 czerwca 2018

Archiwum fanpejdża: W star(sz)ym japońskim kinie #1

Czym jest „Archiwum fanpejdża”?

Najogólniej rzecz biorąc – sekcją bloga przeznaczoną do archiwizowania wybranych treści z mojego facebookowego fanpejdża. Moja aktywność w Sieci przebiega na trzech frontach – konta w serwisie Academia.edu, na którym zamieszczam swoje publikacje akademickie i prezentacje wykorzystywane podczas wystąpień, coraz rzadziej aktualizowanego bloga, przeznaczonego na dłuższe materiały, oraz fanpejdża, gdzie zamieszczam informacje o swojej bieżącej działalności, ciekawostki związane z rzeczami, którymi się zajmuję, i wpisy zbyt krótkie, by publikować je na blogu. Kilka osób zwróciło mi uwagę, że z racji specyfiki facebookowego fanpejdża zamieszczane na nim wpisy mają krótką żywotność i trudno do nich trafić z poziomu samego Facebooka, więc może warto byłoby część z nich zamieścić na blogu. Stwierdziłem – „Czemu nie?”. „Archiwum fanpejdża” zostało pomyślane jako miejsce, w którym co jakiś czas mogłyby pojawiać się powiązane tematycznie wpisy i ciekawostki, które wcześniej zamieściłem na fanpejdżu, publikowane w takiej samej (lub podobnej) formie, w jakiej pojawiły się na Facebooku.

Zobaczymy, czy taka sekcja ma sens. Na pierwszy rzut wybrałem trzy wpisy poświęcone dość wiekowym japońskim filmom, które pojawiły się na fanpejdżu w 2016 i 2017 roku.

sobota, 2 września 2017

Dzielni mali Japończycy: Wojna rosyjsko-japońska w brytyjskich filmach

Wojna rosyjsko-japońska (1904-1905) budziła na Zachodzie ogromne zainteresowanie ze względu na jej wagę dla sytuacji polityczno-ekonomicznej na Dalekim Wschodzie i fakt, że była pierwszym konfliktem, w którym zachodnie mocarstwo mierzyło się z „orientalnym” przeciwnikiem na równych warunkach. Konflikt ten był nie tylko wydarzeniem politycznym i militarnym, ale również medialnym, a obraz – w formie ilustracji prasowej, fotografii, slajdu latarni magicznej i filmu – odegrał w jego relacjonowaniu i interpretowaniu rolę równie istotną, co słowo.

Na sposób przedstawiania wojny rosyjsko-japońskiej w zachodnich państwach wyraźnie wpływały ich relacje z Rosją i Japonią oraz ich interesy w Azji – we Francji, ówczesnego sojusznika Rosji, dominowała orientacja prorosyjska oraz retoryka „żółtego niebezpieczeństwa”, natomiast w Wielkiej Brytanii, związanej od 1902 roku sojuszem z Japonią i niechętnie spoglądającej na poczynania Rosji na Dalekim Wschodzie, przeważały sympatie projapońskie. Tendencje te znalazły przełożenie na grunt filmu.

Brytyjscy producenci filmowi przystąpili do realizacji nagrań poświęconych wojnie niemal natychmiast po jej wybuchu – pierwsze z nich trafiły do sprzedaży już pod koniec lutego 1904 roku, niespełna miesiąc po japońskim ataku na Port Arthur. Mimo dużego zainteresowania tym konfliktem, operatorów wysłała na front tylko firma Charlesa Urbana  – Joseph Rosenthal dołączył do 3. Armii Cesarskiej Armii Japonii, dowodzonej przez generała Maresuke Nogiego, której przypadło zadanie zdobycia Port Arthur, natomiast George Rogers, menadżer paryskiej filii firmy, towarzyszył rosyjskim wojskom w drodze z Sankt Petersburga do Mandżurii.

George Rogers i inny zagraniczny korespondent w Mandżurii.
Fotografia z katalogu Charles Urban Trading Company z lutego 1905 roku.