sobota, 2 września 2017

Dzielni mali Japończycy: Wojna rosyjsko-japońska w brytyjskich filmach

Wojna rosyjsko-japońska (1904-1905) budziła na Zachodzie ogromne zainteresowanie ze względu na jej wagę dla sytuacji polityczno-ekonomicznej na Dalekim Wschodzie i fakt, że była pierwszym konfliktem, w którym zachodnie mocarstwo mierzyło się z „orientalnym” przeciwnikiem na równych warunkach. Konflikt ten był nie tylko wydarzeniem politycznym i militarnym, ale również medialnym, a obraz – w formie ilustracji prasowej, fotografii, slajdu latarni magicznej i filmu – odegrał w jego relacjonowaniu i interpretowaniu rolę równie istotną, co słowo.

Na sposób przedstawiania wojny rosyjsko-japońskiej w zachodnich państwach wyraźnie wpływały ich relacje z Rosją i Japonią oraz ich interesy w Azji – we Francji, ówczesnego sojusznika Rosji, dominowała orientacja prorosyjska oraz retoryka „żółtego niebezpieczeństwa”, natomiast w Wielkiej Brytanii, związanej od 1902 roku sojuszem z Japonią i niechętnie spoglądającej na poczynania Rosji na Dalekim Wschodzie, przeważały sympatie projapońskie. Tendencje te znalazły przełożenie na grunt filmu.

Brytyjscy producenci filmowi przystąpili do realizacji nagrań poświęconych wojnie niemal natychmiast po jej wybuchu – pierwsze z nich trafiły do sprzedaży już pod koniec lutego 1904 roku, niespełna miesiąc po japońskim ataku na Port Arthur. Mimo dużego zainteresowania tym konfliktem, operatorów wysłała na front tylko firma Charlesa Urbana  – Joseph Rosenthal dołączył do 3. Armii Cesarskiej Armii Japonii, dowodzonej przez generała Maresuke Nogiego, której przypadło zadanie zdobycia Port Arthur, natomiast George Rogers, menadżer paryskiej filii firmy, towarzyszył rosyjskim wojskom w drodze z Sankt Petersburga do Mandżurii.

George Rogers i inny zagraniczny korespondent w Mandżurii.
Fotografia z katalogu Charles Urban Trading Company z lutego 1905 roku.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Wygrzebane w archiwach: Flash Gordon i "Więzień podwodnego świata"

We wstępie do 26. numeru fanzinu „Kwazar” z połowy 1986 roku Rafał Sumacz pisał:

Flash Gordon znany jest bywalcom konwentów jako bohater filmu; mało kto wie, że żywot swój rozpoczął w latach trzydziestych jako postać komiksowa. Z pewnością jeszcze mniej ludzi wie, że już w Polsce przedwojennej był on (jako Błysk Gordon) osobistości dość znaną[1].

Dziś wiadomo już  – głównie za sprawą publikacji Adama Ruska – że Flash Gordon zawitał do Polski międzywojennej nie w jednej, lecz trzech postaciach. Dosłownie, ponieważ za każdym razem był de facto inną osobą – królem jednego z marsjańskich państw, Amerykaninem, który trafił na nieznaną wcześniej planetę Mongo i polskim podróżnikiem eksplorującym niezbadane głębiny morskie w bliżej nieokreślonych zakątkach globu.

Co więcej, dzięki Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej każdy może przeczytać przygody drugiej polskiej inkarnacji Flasha Gordona, biblioteka udostępnia bowiem zdigitalizowane numery „Kuryera Literacko-Naukowego” – dodatku do „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” – w których były one publikowane. Warto się z nimi zapoznać, choćby pobieżnie, ponieważ stanowią fascynujący przykład adaptacji formuły amerykańskiego paska komiksowego do lokalnej specyfiki.