Moore przekształcił sztampową rysunkową opowiastkę grozy w wielopłaszczyznową opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.
Komiks,
podobnie jak wcześniej kino, przez dziesięciolecia próbował zerwać ze
swym negatywnym wizerunkiem pośledniejszej – jarmarcznej wręcz –
rozrywki. O ile za sprawą twórców takich jak Dreyer, Lang, Eisenstein,
Murnau, von Stroheim czy nawet Griffith, dzieci celuloidowej taśmy dość
szybko zapewniły sobie miejsce w kulturowym panteonie, to owoce deski
kreślarskiej, tuszu i list dialogowych jeszcze długo funkcjonowały na
marginesie sztuki, postrzegane jako siermiężne produkty, których
czytanie przystoi osobom do lat piętnastu włącznie. Od niemal
trzydziestu lat komiks nie musi jednak udowadniać, że jest medium
zdolnym do artykułowania poważnych treści i że na jego łonie rodzić mogą
się arcydzieła. Po tym jak „Maus” Arta Spiegelmana otrzymał nagrodę
Pulitzera, „Strażnicy” Alana Moore’a znaleźli się na liście
najważniejszych dzieł literackich XX wieku według magazynu „Times”, a
„Sandman” Neila Gaimana uhonorowany został „Word Fantasy Award”,
kurczowe trzymanie się przeciwstawnego poglądu zakrawa już tylko na
ignorancję.
Choć „Saga o Potworze z Bagien” na takie
wyżyny kunsztu się nie wspina, jest dziełem obok którego nie sposób
przejść obojętnie. Alan Moore udowodnił nim bowiem, że komiks jest
tworzywem niezwykle podatnym na kształtowanie, na którym osobowość
artysty odciska silne piętno. Seria ta dobitnie pokazuje, że granica
między komiksowym czytadłem a komiksem pretendującym do miana sztuki
jest niezwykle płynna. Brytyjski scenarzysta przekształcił sztampową
rysunkową opowiastkę grozy w wielopłaszczyznową historię, w której
horrorowa estetyka jest jedynie punktem wyjścia do snucia metafizycznej
opowieści o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Na tym polu nie był
zresztą odosobniony – lata 80. stanowią dla komiksu epokę, w której
scenarzyści w iście derridowskim stylu dokonali dekonstrukcji rzeszy
komiksowych bohaterów, a której opus magnum stanowił perfekcyjny „Powrót
Mrocznego Rycerza” autorstwa Franka Millera.