piątek, 24 września 2010

Internet a nowe stratyfikacje społeczne

"INTERNET A NOWE STRATYFIKACJE SPOŁECZNE"

Celem niniejszej pracy jest wskazanie na związek pomiędzy Internetem a stratyfikacją społeczną. W pierwszym rzędzie autor postara się udzielić odpowiedzi na pytanie czy i jeśli tak to w jaki sposób Internet sprzyja tworzeniu się nowych stratyfikacji społecznych, jednakże część miejsca poświęci również kwestii związku Internetu z istniejącymi już podziałami społecznymi. Oczywiście ograniczenia objętościowe pracy nie pozwalają na dokonanie kompleksowej analizy wspomnianych zagadnień, dlatego też ta zostanie ograniczona do zaprezentowania najbardziej istotnych kwestii oraz wskazania na możliwe kierunki prowadzenia bardziej szczegółowych badań.

I. POJĘCIE STRATYFIKACJI I JEJ ZWIĄZKI Z INTERNETEM

Choć pojęcie stratyfikacji społecznej na stale zadomowiło się w dziedzinie nauk społecznych, to występuje w różnych kontekstach, co utrudnia precyzyjne nim się posługiwanie. Henryk Domański pisze: „od początku mianem stratyfikacji określano różne zjawiska, istniała zwłaszcza pilna potrzeba uzgodnienia relacji między stratyfikacją a pojęciami klasy, warstwy, statusu, pozycji i roli społecznej” [1]. Przykładowo: jedną z bardziej istotnych kwestii spornych dotyczących pojęcia stratyfikacji jest to czy jest ono tożsame z pojęciem nierówności społecznej. Według Domańskiego pojęcia te nie są tożsame choć: „definicje stratyfikacyjne o najszerszym zakresie utożsamiają ją [stratyfikację – D.G.] z systemem nierówności. Mówiąc, że stratyfikacja jest formą nierówności, odwołujemy się do definicji o węższym zakresie” [2]. Zagadnienia te - choć niezwykle interesujące - nie są właściwym przedmiotem pracy, zostały jednak wprowadzone w celu ukazania złożoności analizowanego zjawiska.

sobota, 7 sierpnia 2010

Relacja: XX. Festiwal Kultury Żydowskiej

TRZY DNI Z KULTURĄ ŻYDOWSKĄ

Festiwal Kultury Żydowskiej świętuje w tym roku jubileusz dwudziestolecia swego istnienia. Tradycyjnie już rzesze mieszkańców Krakowa oraz zagranicznych turystów ściągają na Kazimierz, by wziąć udział w dziesiątkach wyjątkowych wydarzeń kulturalnych. W tym roku po raz pierwszy towarzyszy im nasza redakcja. Oto nasze wrażenia z pierwszych trzech dni tej imponującej imprezy.

Za nami pierwsze trzy dni dwudziestej edycji Festiwalu Kultury Żydowskiej. Dotychczas na Kazimierzu oraz w kilku innych lokacjach w Krakowie odbyło się siedem spotkań z zaproszonymi na tę imprezę gośćmi, osiemnaście zajęć warsztatowych za swój przedmiot mających różnorodne aspekty kultury żydowskiej oraz osiem koncertów prezentujących rozległe spektrum estetyczne – od tradycyjnych pieśni po free-jazz. Nie zabrakło również licznych wystaw, krótszych i dłuższych wycieczek, zajmujących wykładów oraz projekcji filmowych. Program był nie tylko obfity, ale i wyjątkowo atrakcyjny, trudno więc dziwić się, że w części zawartych w nim wydarzeń nasza redakcja uczestniczyła z nieskrywaną przyjemnością.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Wywiad: Giovanni Battista Columbro

GIOVANNI BATTISTA COLUMBRO OPOWIADA O KONKURSIE „ARMONIA DI VOCI”

Giovanni Battista Columbro, dyrygent, profesor Konserwatorium im. Giuseppe Verdiego w Mediolanie i dyrektor artystyczny Festiwalu Lodoviciano opowiada o swojej najnowszej inicjatywie – Międzynarodowym Konkursie Śpiewu Chóralnego „Armonia di voci”.

Jeszcze tylko kilka dni dzieli nas od rozpoczęcia pierwszej odsłony „Armonia di voci. Proszę powiedzieć, skąd zrodził się pomysł zorganizowania konkursu chórów, który miałby międzynarodowy charakter. Czy była to Pańska prywatna inicjatywa?

Pomysł konkursu narodził się wspólnie z Associazione Culturale di Pienza, czyli instytucją, z którą regularnie współpracuję.

Czy uważa Pan, że udział w konkursie, może być szansą promocji dla chórów mniej popularnych, tych, które jeszcze nie zdobyły wysokiej pozycji w świecie muzyki poważnej?

Tak. Oczywiście, mam taką nadzieję. Konkurs otwarty jest także dla chórów alternatywnych, co więcej, również i tych ze zróżnicowanym repertuarem. Wszystko po to, byt dać różnym chórom więcej możliwości.

sobota, 31 lipca 2010

Wywiad: Joanna Klisowska

"GŁOS I PASJA" - ROZMOWA Z JOANNĄ KLISOWSKĄ

Polska sopranistka opowiada o miłości do muzyki, specyfice śpiewu chóralnego, planach na najbliższą przyszłość oraz o swej agencji koncertowej Astarte.



Nasi czytelnicy wiedzą już, że wejdzie Pani w skład jury Międzynarodowego Konkursu Śpiewu Chóralnego "Armonia di voci", który odbędzie się pod koniec października we włoskiej Pienzie. Jakie są Pani oczekiwania względem tego konkursu?

Spodziewam się usłyszeć kilka dobrych chórów. Choć sama pasjonuję się muzyką dawną i takową wykonuję, chętnie posłuchałabym też muzyki gospel, albo ciekawych transkrypcji chóralnych utworów nie przeznaczonych pierwotnie na chór.

Z jakich względów zdecydowała się Pani na przyjęcie zaproszenia do wzięcia udziału w tym wydarzeniu?

Śpiewem zajmuję się od lat. Najpierw śpiewałam właśnie w szkolnym chórze, następnie, podczas studiów wokalnych w Akademii Muzycznej, w znanym wrocławskim zespole Spirituals Singers Band. Z tym ostatnim nagrałam zresztą w 1999 roku płytę "Good News" dla wytwórni Koch International. Później występowałam jeszcze w różnych formacjach barokowych. W ramach swojej dotychczasowej działalności artystycznej i dydaktycznej pracowałam też z kilkoma chórami nad techniką wokalną.

wtorek, 20 lipca 2010

Relacja: Grunwald 2010

KLĘSKA POD GRUNWALDEM

Okrągła rocznica, prominentni goście, imponujące spoty reklamowe przygotowane przez zespół Platine Image oraz zachęcający program, którego główną atrakcję stanowić miała rekonstrukcja bitwy z udziałem dwóch tysięcy statystów. Krótko mówiąc: obietnica imprezy na europejskim poziomie. Cóż z tego, skoro jej organizację określić można tylko jednym słowem – katastrofa.

Ale kostiumy mieli ładne


Ale kostiumy mieli ładne i widać było, że się starają” - zagadnął starszy jegomość, przerywając ciszę, jaka od kilkunastu minut panowała na peronie dworca kolejowego w Olsztynku. „Szkoda, że tylko oni” - odparł stojący nieopodal mężczyzna. „Tylko oni się postarali” - dodał, kiedy dostrzegł pytający wzrok inicjatora rozmowy - „Bo o organizatorach powiedzieć tego nie można”.

Nie minęło pięć minut, nim zdawkowa wymiana zdań przerodziła się w żywiołową dyskusję, w którą zaangażowała się większość osób przebywających wówczas na peronie. Niemal każdy chciał dodać swój wers do spontanicznie rodzącej się litanii skarg i zażaleń.

Proszę mi powiedzieć, jak to jest możliwe, by na terenie całej imprezy nie można było kupić do picia niczego poza Tyskim i Coca-Colą?” - pytała kobieta w średnim wieku. „Zastanawia mnie, kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby przy takiej liczbie spodziewanych gości, o której od tygodnia mówią w telewizji, na całym polu postawić raptem trzy namioty, pod którymi można by skryć się przed słońcem” - wtórował jej wspomniany już jegomość. „Skwar jak w Mozambiku, a tam żadnego cienia” - dorzucił z oddali mężczyzna palący papierosa.

sobota, 26 czerwca 2010

Wywiad: Peter J. Birch i ET Tumason

31 maja w krakowskim klubie Żaczek odbył się koncert wchodzący w ramy wspólnej trasy polskiego songwritera Petera J. Bircha i islandzkiego bluesmana ET Tumasona. Zanim ich muzyka oczarowała zgromadzoną publiczność, zdążyliśmy przeprowadzić z nimi krótką rozmowę.
PETER. J. BIRCH





W chwili naszej rozmowy znajdujesz się na półmetku wspólnej trasy koncertowej z ET Tumasonem. Rozpoczęliście ją w Warszawie występem w Radiu Luxemburg, w ciągu kolejnych kilku dni zdążyliście odwiedzić Aleksandrów Kujawski, Kikół i Dąbrowę Górniczą, dziś zaś gościcie w Krakowie. Jakie są Twoje dotychczasowe wrażenia z trasy?

Jak najbardziej pozytywne. Przez ostatnie pięć dni dużo się działo, z ET dogadujemy się świetnie, więc jest sympatycznie. Mieliśmy również kilka mniej przyjemnych przygód. Podczas koncertu w Kikole ET pękł jego szklany slide od gitary, a chwilę później struna, jedyna której nie miał w komplecie, tak więc w zasadzie nie mógł dalej grać koncertu. Dałem mu swoją gitarę, ale wiadomo, że to nie było już to samo, gdyż on gra na gitarze klasycznej, a ja na akustycznej. Zresztą, bez slide’u jego muzyka jest uboższa. Wczoraj z kolei, podczas koncertu w Dąbrowie Górniczej, zatruliśmy się zapiekanką. ET ciężko było wczoraj nie tylko śpiewać, ale i funkcjonować. Sam czułem się „w miarę”, choć nie było jakoś rewelacyjnie, ale dzisiaj jest już tragedia totalna. Tak więc, jak widać, nie obyło się bez niespodziewanych wydarzeń.

niedziela, 23 maja 2010

Wywiad: Iowa Super Soccer

Bywają nazywani novum na polskim rynku muzycznym, nadzieją sceny niezależnej oraz jednym z najciekawszych zespołów młodego pokolenia. W dwa miesiące po premierze ich najnowszego wydawnictwa Michał Skrzydło i Natalia Baranowska opowiadają nam, na ile poważnie traktują te określenia, co właściwie oznacza bycie muzykiem „alternatywnym” oraz dlaczego słowo „pop” jest w naszym kraju źle kojarzone. Nie zabrakło również okazji do tego, by porozmawiać zarówno o przeszłości zespołu, jak i ich planach na przyszłość.


„Proste, nieskomplikowane melodie zawsze mnie pociągały”. Czyje to słowa?

M.S.: To są moje słowa.

Cóż takiego jest w tego typu dźwiękach, że to właśnie one – spośród tylu estetyk, stylów i gatunków muzycznych – najbardziej Cię zafascynowały?

M.S.: Oj, musielibyśmy wrócić do początków mojej przygody z muzyką. Słowa, które zacytowałeś, są efektem wszystkiego tego, czego kiedykolwiek słuchałem, bo przeszedłem w życiu przez różne gatunki. Granie muzyki jest – w moim przynajmniej odczuciu – czymś niepojmowalnym, dlatego też ciężko dyskutować, dlaczego akurat ten styl, a nie inny. Uważam jednak, że prostota jest czymś pięknym.

czwartek, 20 maja 2010

Cory McAbee: (nie)zwykły gość z Kalifornii

W epoce wąskich specjalizacji coraz trudniej o osoby godne szlachetnego miana „Człowieka Renesansu”. Cory McAbee należy do nielicznych przedstawicieli tego ginącego gatunku – tworzy muzykę, kręci filmy, maluje, a niedawno zakończył pracę nad swoją pierwszą książką. Podczas tegorocznej edycji festiwalu OFF Plus Camera polska publiczność miała okazję obejrzeć jego dotychczasowe magnum opus – space-westernowy musical „The American Astronaut”.

Jego filmów nie uświadczymy w szerokim obiegu. Te wyświetlane są na festiwalach kina niezależnego i podczas pokazów organizowanych przez fanów, a ich dystrybucja odbywa się głównie za pomocą Internetu. Jego koncerty nie zapełniają stadionów. Sam zresztą najbardziej lubi występować w małych klubach i podrzędnych spelunach podobnych do tych, w jakich zdobywał swe pierwsze szlify muzyczne. Jego obrazy nie są wystawiane w popularnych galeriach, w których krytycy przy lampce wytrawnego wina dyskutują o przewrotnej grze z burżuazyjnymi konwencjami i świadomym kiczu. Nie chciałoby mu się z nimi rozmawiać. Mimo to – a może właśnie dlatego – udało mu się zyskać pokaźne grono oddanych fanów, którzy pod wszystkimi szerokościami geograficznymi przerzucają się cytatami z jego filmów i wytupują rytm jego piosenek…

czwartek, 6 maja 2010

Guru (1961 - 2010)

Guru był człowiekiem z wizją. Wizją muzyki, w której nie ma miejsca na sztywne granice międzygatunkowe. Przez ćwierć wieku dawał temu wyraz w swej twórczości, łącząc hip-hop z jazzem, R'n'B, funkiem i soulem. W jego głowie nieustannie kłębiły się dziesiątki pomysłów na kolejne muzyczne wojaże. Wielu z nich nie udało mu się zrealizować.
Guru żył w cieniu śmierci od lipca ubiegłego roku, kiedy to zdiagnozowano u niego szpiczak mnogi, groźny nowotwór układu krwionośnego. Informacji tej nigdy nie upublicznił, licząc na to, że uda mu się przezwyciężyć chorobę. O dolegliwości muzyka świat dowiedział się dopiero w marcu, kiedy w skutek nagłego zatrzymania krążenia trafił on na stół operacyjny nowojorskiego szpitala pod wezwaniem Dobrego Samarytanina. Choć zabieg zakończył się powodzeniem, Guru zapadł w śpiączkę.

Promyk nadziei zaświtał wraz z informacjami o wybudzeniu się artysty ze śpiączki, odzyskaniu przez niego pełni świadomości oraz możliwości komunikowania się ze światem zewnętrznym. Niestety, radość okazała się przedwczesna. 19 kwietnia Solar, producent muzyczny i wieloletni współpracownik Guru, ogłosił tragiczną wiadomość. Jego mentor zmarł. Przyczyną śmierci była hipoksja – niedobór tlenu w tkankach.

środa, 5 maja 2010

"Deogratias. Opowieść o Rwandzie" Jean-Philippe Stassen

„Deogratias” – historia chłopca, który przeżył ludobójstwo w Rwandzie – jest dziełem wyjątkowym, zasługującym na to, by stanąć na jednej półce z poświęconym Holokaustowi „Mausem” Arta Spiegelmana.

Od kwietnia do lipca 1994 roku, Rwanda stała się areną jednego z najkrwawszych konfliktów w historii XX wieku. W ciągu niespełna 100 dni ekstremiści z plemienia Hutu wymordowali przynajmniej 800 tysięcy swoich sąsiadów. Ofiarami padały osoby wywodzące się z plemienia Tutsi oraz Hutu, którzy nie chcieli przyłożyć ręki do ich eksterminacji. W tym samym czasie wojska oenzetowskiego UNAMIR-u otrzymały rozkaz nie angażowania się w konflikt. Tykająca od lat bomba, wybuchła z pełnym impetem. Ulice spłynęły krwią, nie oszczędzano nikogo. A ulubioną bronią oprawców stała się importowana z Chin maczeta – tania i niezawodna.

Przez kilka lat po wkroczeniu do Rwandy zdominowanego przez Tutsi Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego, exodusu Hutu i względnego ustabilizowania sytuacji w kraju, w tzw. Świecie Zachodu o ludobójstwie mówiło się niewiele, a świadomość tych wydarzeń była nikła. Jak to zwykle bywa z wyrzutami sumienia cywilizowanego świata, starano się zmieć je pod dywan. Renesans tej historii nastąpił dopiero w XXI wieku. W 2003 roku Romeo Dallaire – były kanadyjski generał i głównodowodzący siłami UNAMIR-u, który wraz z 270 żołnierzami pozostał w ogarniętym chaosem kraju, zaraz po tym jak opuściło go większość kontyngentu – opublikował książkę, „Shake hands with the Devil” („Podać rękę diabłu”), w której opisał swe doświadczenia i wysiłki mające na celu uratowanie Tutsi. W następnych latach pojawił się szereg filmów poświęconych ludobójstwu, wśród których najważniejszymi były: „Hotel Rwanda” z 2004 roku, „Pieska śmierć” z 2005 roku i w końcu – w 2007 roku – ekranizacja wspomnień Dallaire'a. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jedna z pierwszych prób przedstawienia rwandyjskich czystek etnicznych miała miejsce na kartach komiksu. Tego trudnego zadania podjął się w 2000 roku Jean-Philippe Stassen, artysta od najmłodszych lat związany z Afryką, obecnie mieszkający zresztą na terenie Rwandy.

wtorek, 4 maja 2010

Jak... wprowadzić porno w obręb popkultury

Od ponad trzech dekad obserwujemy proces stopniowego przenikania pornografii do kultury popularnej. Autobiografia największej gwiazdy porno-biznesu znakomicie wpisuje się w ten trend, zarówno jako jego świadectwo, jak i jeden z elementów.

Pornografia towarzyszy człowiekowi od czasu, kiedy pierwszy cromagnonczyk odkrył, że modelując kawałek gliny, kamienia kredowego czy mamuciego zęba, może nadać mu wymarzony przez siebie kształt, po czym stworzył miniaturową istotę idealną, kwintesencję kobiecości i niedościgniony wzór, do którego będzie mógł tęsknić przez resztę swych dni. Jak każde zjawisko sprawiające, że nasze policzki oblewa rumieniec, na przestrzeni wieków kultura zmiotła pornografię pod dywan, pozostawiając jednocześnie możliwość jego podnoszenia, mikroskopijnego niemal badania i zaspokojenia perwersyjnej ciekawości. Tak przynajmniej drzewiej bywało, bo ostatnimi laty obraz ten nabrał nowych, zgoła odmiennych odcieni.

W niesławnej „Dziwce” Marii Lidón znalazła się pamiętna scena, w której oburzone gwiazdki porno wypinają swe silikonowe usta i protestują przeciw porównywaniu ich do prostytutek, siebie same określając mianem artystek. Większość osób niespecjalnie zainteresowana jest rozdrabnianiem różnic pomiędzy poszczególnymi rodzajami kupczenia swoim ciałem, więc i podobne rewelacje samozwańczych „królowych analu” skwituje co najwyżej pobłażliwym uśmiechem. Jeśli jednak myśli tej poświęcić nieco czasu, dochodzi się do wniosku, że coś może być tu na rzeczy…

sobota, 24 kwietnia 2010

Wywiad: Rahim

Rahim – współzałożyciel Paktofoniki i Pokahontaz, artysta solowy, producent i wydawca - opowiada o swoim solowym krążku, planach na przyszłość, koncertach oraz zmianach jakie zaszły na polskiej scenie hip-hopowej w ciągu ostatnich lat.



Przed miesiącem na półki sklepowe trafiła płyta zatytułowana „Podróże po amplitudzie”, będąca… No właśnie. Będąca czym? Formalnie rzecz ujmując powinniśmy mówić o niej jako o Twoim solowym debiucie, lecz określenie to wydaje się być nie tylko nieadekwatne, co wręcz deprecjonujące. Zważywszy na Twój wieloletni staż na scenie hip-hopowej, zasługi dla jej popularyzacji oraz mnogość projektów, w które się angażowałeś, trudno określić Cię mianem „debiutanta”, nawet biorąc poprawkę na jego umowność.

Sam nazywam ów album debiutanckim i czynię to z szerokim uśmiechem na ustach. Jakby nie patrzeć, jest to mój debiut solowy. Dotychczas w większym lub mniejszym stopniu współtworzyłem dziewięć albumów. Zupełnie nieświadomie ten okazał się być dziesiątym, czyli poniekąd jubileuszowym. Jest to o tyle wyjątkowy album, że przy jego konstrukcji opierałem się tylko i wyłącznie na własnej wizji i pomysłach. Nawet kolaboracja z gośćmi polegała na zaproszeniu do udziału w danym, wcześniej wymyślonym przeze mnie, utworze. Dodatkowo krążek dość mocno pokazuje mnie jako człowieka, a co za tym idzie moje rozterki, radości, smutki, etc. To chyba najbardziej osobista z moich płyt.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Wywiad: Pär Sundström (Sabaton)

Pär Sundström, członek szwedzkiej formacji heavy metalowej Sabaton, opowiada o nowej płycie zespołu, muzycznych i historycznych inspiracjach, współpracy z polskim reżyserem Jackiem Raginisem oraz o polskich występach wchodzących w ramy nadchodzącej trasy koncertowej zespołu.

Ponad pół roku minęło od naszej ostatniej rozmowy, która odbyliśmy po zakończeniu waszej polskiej mini trasy koncertowej o nazwie „Always Remember Tour”. Powiedziałeś mi wtedy, że nosicie się z zamiarem wydania nowego albumu studyjnego. Dziś wiemy, że płyta zatytułowana „Coat of Arms” będzie miała premierę 21 maja. Powiedz proszę, jak długo pracowaliście nad płytą i co ważniejsze, kiedy w ogóle znaleźliście na to czas? Ostatni kwartał ubiegłego roku upłynął wam pod znakiem koncertów wieńczących imponującą trasę „The Art Of Live Tour”. Zwłaszcza podczas jej brytyjskiej części, którą odbyliście wraz z Dragonforce, zagraliście pokaźną liczbę koncertów.

Część materiału, który znalazł się na „Coat fo Arms” została napisana już kilka lat temu. Oprócz tego posiadaliśmy sporo pomysłów na nowe utwory. Sam proces ich pisania odbył się jeszcze przed trasą po Wielkiej Brytanii i po powrocie z niej. Podczas świąt ciężko pracowaliśmy nad tym, by utwory były gotowe przed nowym rokiem. Do studia weszliśmy 2-ego stycznia, gdzie spędziliśmy pięć tygodni na nagrywaniu nowych kompozycji. Wtedy też pracowaliśmy nad warstwą tekstową nowego wydawnictwa.

niedziela, 21 lutego 2010

"Dworzec dla dwojga" Eldar Riazanow

„Smutne komedie” Eldara Riazanowa kręcone są według prostej zasady – ludzie mają się śmiać, kiedy je oglądają, a płakać po ich zakończeniu. „Dworzec dla dwojga” postulat ten realizuje w pełni.

Kiedy Płaton Riabinin stawiał swe nogi na płycie dworca w prowincjonalnym miasteczku, nie mógł przypuszczać, że zamiast kilku chwil potrzebnych na spożycie szybkiego posiłku, przyjdzie mu na spędzić na stacji kolejne czterdzieści osiem godzin. Tym bardziej też pierwszy kontakt z opryskliwą kelnerką Wierą nie zapowiadał, że oto odnalazł on miłość swojego życia. A wszystko rozpoczęło się jak to zwykle w komediach romantycznych bywa – od pomyłki. Wiera zarzuca Płatonowi, że ten nie zapłacił za swój obiad, Płaton unosi się dumą, następuje wymiana wzajemnych nieuprzejmości. Z minuty na minutę o bohaterach dowiadujemy się coraz więcej, a kelnerka zrzuca z siebie maskę Ksantypy. I pewnie cały film potoczyłby się według znanego schematu, gdyby nie to, że Płatona nie gra Hugh Grant, a akcja filmu nie toczy się nad Sekwaną, Tamizą, opcjonalnie w okolicach Mostu Brooklyńskiego. No i oczywiście gdyby filmu nie nakręcił Eldar Riazanow.

„Dworzec dla dwojga” powstał w czasach, gdy Riazanow – niepokorne złote dziecko radzieckiej kinematografii i ulubieniec Sergiusza Eisensteina – konsekwentnie realizował w swych obrazach założenie wyrównania proporcji, tego co rozrywkowe z tym, co refleksyjne. W produkcjach tych komizm łączy z liryzmem, coraz śmielej krytykując komunistyczne społeczeństwo. W „Dworcu dla dwojga” postulat ten został urzeczywistniony w pełni. Wartość filmu dostrzeżona została poza blokiem wschodnim – w 1983 roku brał on udział w konkursie głównym w Cannes, a dziś postrzega się go jako jedno z najważniejszych dzieł rosyjskiej kinematografii.

środa, 10 lutego 2010

Co w newsie piszczy: Quo vadis "Wilkołaku"?

Przed kilkoma dniami na łamach portalu Shock Till You Drop pojawił się wywiad z reżyserem filmu "Wilkołak". "Cóż z tego?" - możecie zapytać. I faktycznie: praktyka to stara jak świat, z twórcą filmu zawsze miło się rozmawia, czasem nawet z lektury wywiadu można dowiedzieć się kilku interesujących rzeczy, żeby jednak od razu informować o tym, że ktoś, kiedyś, gdzieś przeprowadził taką rozmowę, trzeba mieć jakiś ważny powód.

Powód taki mam. Trywialny, bo trywialny, ale mam. Otóż, jestem wielkim fanem horroru gotyckiego oraz klasycznych obrazów grozy ze stajni Universalu. Kilka z nich znalazło swoje zasłużone miejsce na mej półeczce z DVD, reszty poszukuję w różnej maści koszach z filmami, których nikt nie chce oglądać. Poszukuję - należy dodać - bezskutecznie, bo na wznowienie serii "Klasyka Horroru" wydanej onegdaj przez TiM Film Studio raczej nie ma co liczyć. Wracając jednak do tematu: fanem jestem, fanem byłem i fanem będę. Z tym większą radością powitałem informację o tym, że Universal ma zamiar cofnąć się do swych korzeni i zaserwować nam utrzymany w gotyckiej konwencji remake "Wilkołaka". Mało tego: twórcy mieli powstrzymać się od nachalnego uwspółcześniania historii i akcję filmu osadzić w wiktoriańskiej Anglii. "Burton dał radę, film na siebie zarobił, więc i dla tej pozycji jest nadzieja" - pomyślałem. Niestety, nie wziąłem pod uwagę tego, że tak silna pozycja w środowisku filmowym, jaką posiada Burton, jest tam raczej wyjątkiem niż regułą.

O wywiadzie jednak miało być i o tym, cóż tak mnie w nim poruszyło, że postanowiłem podzielić się z czytelnikami drobną refleksją. Rozchodzi się mianowicie o to, że Joe Johnston stwierdził, iż przy trzecim podejściu do montażu filmu wyleciało z niego kilkanaście minut materiału, głownie tego służącego za wprowadzenie. Innymi słowy: tego budującego klimat. "Kiedy widownia mówi: "Hej, pierwsze piętnaście minut jest za wolne", musisz jej posłuchać. Czy ci się to podoba, czy nie, kino to biznes, a biznes ten polega na sprzedawaniu biletów. Chcesz by widzowie zobaczyli film, ten dostarczył im dobrej rozrywki, a oni opowiedzieli o nim swoim znajomym" - powiedział Johnston. Później nastąpił standardowy bełkot o wąskiej ścieżce między sztuką a komercją, którą kroczyć musi każdy twórca.

wtorek, 9 lutego 2010

"Polowaneczko" Tomasz Matkowski

"Polowaneczko" jest atakiem – mocnym, bezpardonowym, wręcz histerycznym. Choć z poglądami Matkowskiego można się nie zgadzać, to właśnie szczerość i bijące z jego książki emocje sprawiają, że jest ona atrakcyjna dla czytelnika.

„Książka Matkowskiego nie jest subtelnym głosem polemicznym, jest morderczym atakiem na klan zabójców, dumnych z tego że zabijają. (…) W tym konflikcie nie ma miejsca na kompromis. »Polowaneczko« jest bitwą bezwarunkową kapitulację cywilizacji łowieckiej, prawdziwej, jedynej, zachwyconej sobą, rozrywkowej cywilizacji śmierci. To lektura wojenna” – pisze w rekomendacji książki Roman Kurkiewicz. I choć stwierdzeniem tym jednoznacznie sytuuje się na linii przeciwników polowań, co do jednego ma rację. Z podzielaną przez niego opinią na temat samej instytucji współczesnego łowiectwa można polemizować, lecz nie sposób nie zgodzić się z jego oceną formy wypowiedzi, na jaką zdecydował się Matkowski.

„Polowaneczko” nie rości sobie prawa do bycia książką obiektywną, nie jest również próbą kompleksowej analizy tego złożonego zjawiska, nie jest też próbą nawiązania dialogu ze środowiskiem myśliwych. Jest ona atakiem – mocnym, bezpardonowym, wręcz histerycznym. Matkowski sam przyznaje, że książki swej nie kieruje ani do myśliwych, ani nawet do osób posiadających wiedzę na temat polowań. Zamiast tego próbuje on przyciągnąć uwagę osób bądź to zupełnie niezorientowanych, bądź też posiadających – w jego mniemaniu – nieadekwatny i romantyczny obraz polowania. Ot, darz Bóg, piórko w kapelusiku, bigosik, piękno kontaktu z przyrodą, wyrównana walka, humanitaryzm i podziw dla padniętego zwierza. Tymczasem wizerunek ten został sfabrykowany przez ludzi, którzy z perwersyjną radością odstrzeliwują dzikie zwierzęta – jest piękną fasadą, za którą skrywają się pierwotne instynkty oraz szał mordowania, który ogarnia lubujących się w zadawaniu cierpienia dewiantów. Tak przynajmniej uważa Matkowski. I przystępuje do tego, by do swych poglądów przekonać innych.

piątek, 22 stycznia 2010

"Przemiana" Julien Leclercq


Pod pewnymi względami „Przemiana” przypomina kultowego „Matrixa” – składa się z dziesiątek nawiązań i kalek wcześniejszych produkcji. W przeciwieństwie jednak do filmu braci Wachowskich francuską produkcję obejrzeć można tylko raz.

Nie mają Francuzi szczęścia do kina science-fiction. Solidnych produkcji przynależących do tego gatunku powstało nad Sekwaną niewiele, zaś twórcy, którzy chcieli po tę formę sięgnąć, kroki swe kierowali poza granice kraju, bądź też angażowali się w międzynarodowe koprodukcje. Zrobili tak i Traffaut i Vadim, ostatnio zaś – z dużo gorszym skutkiem – Kassovitz. Płonne okazały się nadzieje lat 90-tych, kiedy to mówiono, że oto za sprawą Jean-Pierre’a Jeuneta i Marca Caro narodziła się nowa jakość – francuskie science-fiction, mające konkurować z hollywoodzkimi obrazami, nie budżetem, lecz nastrojowości, plastycznością i treścią.

Niestety, złoty tandem rozpadł się. Jeunet ruszył w zgoła odmienne rejony filmowe, a jedynym późniejszym wkładem Caro w rozwój francuskiej kinematografii była próba zamęczenia widzów pretensjonalnym i niespójnym „Dante 01”. Następcy nie pojawili się, a „nowa fala science-fiction” została jedynie marzeniem. Całkiem dobry „Renaissance” Christiana Volckmana, była bodaj jedynym odstępem od reguły mówiącej, że Francuzi nie potrafią kręcić solidnej fantastyki naukowej. Reguła ta znajduje – niestety – potwierdzenia w „Przemianie”.

wtorek, 19 stycznia 2010

"Graf Zero" William Gibson

W chwili wydania „Neuromancera” Gibson ustawił sobie wysoko poprzeczkę. Choć jego drugiej powieści brakuje świeżości poprzedniczki, jest jej godną kontynuacją. To kawał dobrego science-fiction i żelazny kanon cyberpunku.

„Graf Zero” stanowi drugą odsłonę kultowej „Trylogii Ciągu” Wiliama Gibsona. Wydana w niespełna dwa lata po pionierskim „Neuromancerze” powieść na powrót zabiera czytelnika do świata przepełnionego ponadnarodowymi korporacjami, futurystycznymi technologiami, ciemnymi interesami oraz nieustannym pędem za informacją. O ile jednak o „Neuromancerze” pisać można wiele – wszak jest to sztandarowe dzieło Gibsona, wykładnia gatunku, powieść dla niego paradygmatyczna, słowem: biblia cyberpunku - o tyle sklecenie choć kilku oryginalnych zdań na temat „Grafa Zero” jest dla recenzentów wysoce problematyczne. Niemal wszystko co zostało powiedziane na temat „Neuromancera” można odnieść i do jego kontynuacji, ta stanowi bowiem konsekwentne rozwinięcie pierwotnej idei. Tylko tyle i aż tyle – chciałoby się rzec. Zamiast więc zajmować się nadprodukcją recenzenckich bytów, przez tworzenie ich w myśl zasady „kopiuj – wklej – zmień tytuł”, pragnę zasugerować czytelnikom zapoznanie się z recenzją „Neuromancera”, którą „z pewną dozą nieśmiałości” można potraktować jako mini kompendium wiedzy na temat cyberpunku, natomiast w niniejszym tekście skupić się na tym, co odróżnia „Grafa Zero” od jego poprzednika.

wtorek, 12 stycznia 2010

Wywiad: Wojciech Jama

Jest Pan pomysłodawcą Muzeum Dobranocek, którego znaczna część zasobów pochodzi z Pańskiej prywatnej kolekcji. Proszę powiedzieć, kiedy narodził się pomysł otworzenia takiego muzeum oraz z jakiego powodu zaangażował się Pan w ten projekt?

"Muzeum Dobranocek" to projekt będący "boczną linią" moich komiksowych zbiorów. W końcu kilku z bohaterów dobranocek - takich jak np. Gąska Balbinka, Gapiszon czy Gucio i Cezar - zaczynało bowiem karierę w historiach obrazkowych, a incydentalnie pojawiały się komiksy z Bolkiem i Lolkiem czy Rumcajsem.

Najpierw były nieliczne pamiątki z mojego dzieciństwa, następnie wyszukiwane na targach staroci wydawnictwa i kolejne zabawki jakie pamiętałem z czasów swojej młodości, później dopiero świadome powiększanie kolekcji.

piątek, 8 stycznia 2010

"Życie w obrazkach" Will Eisner

Autobiograficzne opowieści ikony amerykańskiego komiksu to lektura porywająca czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Każdy kadr jest machiną czasu, przefiltrowaną przez wrażliwość nowojorskiego marzyciela.

„Nie stworzyłem komiksu, ale byłem obecny przy jego narodzinach” – wielokrotnie powtarzał Will Eisner. Trudno stwierdzić, ile w tej wypowiedzi kokieterii i autokreacji, a ile rzeczywistej skromności artysty, pewnym jest jednak to, że nie ukazuje ona w pełni zasług Eisnera dla rozwoju opowieści obrazkowych. Jeżeli bowiem spojrzymy na współczesny komiks amerykański, odnalezienie w nim elementów, których nie da się wyprowadzić od tego nowojorskiego rysownika i scenarzysty, okaże się zadaniem niemal niemożliwym. Kiedy zaczynał on swoją karierę, komiks funkcjonował jedynie w postaci pasków, pojawiających się w gazetach, w chwili jego śmierci natomiast, komiks nie musiał już walczyć o uznanie za gałąź sztuki równorzędną z literaturą czy kinem, a teksty o nim zadomowiły się w opiniotwórczych pismach.

To właśnie Eisner jako jeden z pierwszych rysowników zaczął postrzegać komiksową planszę jako spójną całość, a nie ledwie ciąg następujących po sobie obrazków. To on, tworząc w latach czterdziestych postać Spirita, zaczął eksperymenty z dłuższą – wtedy jeszcze siedmiostronicową – formą opowieści, skierował komiks do dorosłego odbiorcy i wprowadził do opowieści obrazkowych elementy pastiszowe i autoironiczne. W końcu to on, zainspirowany w owym czasie możliwościami jakie dawał komiks niezależny i zafascynowany twórczością Roberta Crumba, wydał w 1978 pierwszą powieść graficzną. „Umowa z Bogiem”, bo o niej mowa, zawierała wszystkie te elementy, z których do dziś korzystają kolejne generacje twórców – ilość stron kilkukrotnie przekraczającą standardowe 24-stronicowe wydawnictwa, pieczołowicie wykonaną szatę graficzną, poważną problematykę i sporą dozę wątków autotematycznych. Zdając sobie sprawę z tego, jak wielki dług względem Eisnera posiada komiks, amerykanie postanowili należycie go uhonorować. Zamiast jednak – jak to mają w zwyczaju – przymuszać go do nurzania rąk w cemencie i odbijania ich na chodnikach, nazwali jego imieniem najważniejszą nagrodę przemysłu komiksowego.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

"Północna ściana" Philipp Stölzl

W europejskim folklorze i literaturze mianem Ogra określa się ogromnego człekokształtnego potwora, który szczególnie umiłował sobie smak ludzkiego mięsa. Przynajmniej od XIII wieku zniemczona wersja tego słowa – Eiger, funkcjonuje jako nazwa jednego z największych szczytów Alp Berneńskich. Majestatyczny szczyt pochłonął życie wielu śmiałków, którzy postanowili się na niego wspiąć. Ich stopy traciły grunt pod nogami, ręce nie zdołały chwycić lin asekuracyjnych, a ciała zostały zmiażdżone na skałach, niczym w szczękach mitycznego monstrum. Szczególnie złą sławą cieszyła się północna, niemal pionowa ściana szczytu, która do historii alpinistyki przeszła jako „Mordwand” – „Ściana Śmierci”. Skalisty Ogr przez lata w równym stopniu przerażał, co fascynował, przyciągając do siebie ryzykantów, gotowych postawić na szali swe życie, by tylko móc powiedzieć, że to oni pierwsi przebyli tę niebezpieczną trasę. O jednej z takich wypraw opowiada film Philippa Stölzla.

Główna oś fabuły „Północnej ściany” opiera się na autentycznych wydarzeniach, jakimi była próba sforsowania „Mordwandu”, której podjęli się w lipcu 1936 roku dwaj bawarscy alpiniści – Tony Kurz i Anders Hinterstoisser. Już na ścianie połączyli się oni z ekipą austriacką, w której skład wchodzili Edi Rainer i Willy Angerer. Przebieg wyprawy został przez Stölzla i wspomagających go scenarzystów zrekonstruowany dość wiernie, choć nie obyło się bez kilku drobnych zmian, mających na celu zwiększenie dramatyzmu opowieści.