wtorek, 20 lipca 2010

Relacja: Grunwald 2010

KLĘSKA POD GRUNWALDEM

Okrągła rocznica, prominentni goście, imponujące spoty reklamowe przygotowane przez zespół Platine Image oraz zachęcający program, którego główną atrakcję stanowić miała rekonstrukcja bitwy z udziałem dwóch tysięcy statystów. Krótko mówiąc: obietnica imprezy na europejskim poziomie. Cóż z tego, skoro jej organizację określić można tylko jednym słowem – katastrofa.

Ale kostiumy mieli ładne


Ale kostiumy mieli ładne i widać było, że się starają” - zagadnął starszy jegomość, przerywając ciszę, jaka od kilkunastu minut panowała na peronie dworca kolejowego w Olsztynku. „Szkoda, że tylko oni” - odparł stojący nieopodal mężczyzna. „Tylko oni się postarali” - dodał, kiedy dostrzegł pytający wzrok inicjatora rozmowy - „Bo o organizatorach powiedzieć tego nie można”.

Nie minęło pięć minut, nim zdawkowa wymiana zdań przerodziła się w żywiołową dyskusję, w którą zaangażowała się większość osób przebywających wówczas na peronie. Niemal każdy chciał dodać swój wers do spontanicznie rodzącej się litanii skarg i zażaleń.

Proszę mi powiedzieć, jak to jest możliwe, by na terenie całej imprezy nie można było kupić do picia niczego poza Tyskim i Coca-Colą?” - pytała kobieta w średnim wieku. „Zastanawia mnie, kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby przy takiej liczbie spodziewanych gości, o której od tygodnia mówią w telewizji, na całym polu postawić raptem trzy namioty, pod którymi można by skryć się przed słońcem” - wtórował jej wspomniany już jegomość. „Skwar jak w Mozambiku, a tam żadnego cienia” - dorzucił z oddali mężczyzna palący papierosa.
A podział całego placu? Dlaczego nie wydzielili sektorów, w których nie można parkować? Przecież to była wolna amerykanka. Każdy przepychał się gdzie chciał” - rozpoczął jeden z interlokutorów. „A później wielkie zdziwienie, skąd się wzięło tyle kurzu” - dodał inny. „Przez godzinę siedziałem w namiocie Tyskiego i proszę mi wierzyć, bo specjalnie obserwowałem jeden samochód, że przez ten czas przesunął się on w tym korku może o sto metrów” - skomentował trzeci.

Element szerszego planu?

Nie obyło się bez teorii spiskowych. „Prawda jest taka, że tutaj chodzi o coś więcej niż o nieporadność organizatorów” - odezwała się milcząca dotąd kobieta. „Jest to jeden z elementów świadomego planu niszczenia polskiej tożsamości narodowej” - kontynuowała, kiedy dostrzegła, że część oczu zwróciła się w jej kierunku – „Chodzi o skompromitowanie uroczystości będącej hołdem dla jednego z największych polskich zwycięstw w historii”. I choć odpowiedziała jej grobowa cisza, niezrażona dodała, iż „oczywistym jest, że pod Grunwald przyjeżdżają tylko patrioci, których chce się do tego zniechęcić”. Wtedy też wyraz zażenowania obecny na twarzy większości zgromadzonych zastąpił ironiczny uśmiech. „Osób odpowiedzialnych za tę katastrofę nie posądzałbym o tak daleko posuniętą zdolność planowania” – skwitował mężczyzna od wolnej amerykanki.

Wszystko to było zaledwie przyczynkiem do dalszej dyskusji, w której punktowanie kolejnych braków organizacyjnych imprezy – takich choćby jak skandalicznie niska ilość kabin WC i koszów na śmieci – stopniowo ustępowała sugestiom dotyczącym tego, na jakich stanowiskach lepiej odnaleźliby się jej organizatorzy oraz tego, jakie konsekwencje powinni oni ponieść za demonstrację tak rażącego braku kompetencji i – zdawałoby się – awersji do zdroworozsądkowego nawet myślenia. A trzeba dodać, że część z tych pomysłów była nader fantazyjna.

Z taką logistyką…

Z taką logistyką Jagiełło stoczyłby tę bitwę nie piętnastego, ale trzydziestego lipca” – krzyczał do telefonu mężczyzna, którego samochód mijałem kilkanaście godzin wcześniej podczas ponad dwudziestokilometrowej pieszej wędrówki z Olsztynka na pole bitwy.

O tym, że organizatorom obchodów sześćsetlecia grunwaldzkiej wiktorii można zarzucić wiele i że z możliwości tej skwapliwie korzystano, czytelnik mógł przekonać się kilka akapitów wyżej. Tym jednak, co przelało czarę goryczy, nie była sytuacja na samym historycznym polu, lecz na prowadzących do niego drogach.

Upał, brak cienia, niedostatek napojów, kurz, ścisk – nie są to rzeczy nie do zniesienia, zwłaszcza jeśli weźmie się poprawkę na skalę imprezy. Ba! Jeśli podejść do nich z dystansem, można wręcz stwierdzić, że pozwoliły one uczestnikom obchodów postawić się w sytuacji naszych praszczurów, którym przyszło potykać się z Krzyżakami i ich sojusznikami w zbliżonych warunkach.

By jednak pozwolić sobie na wyrozumiałość i dystans, należałoby dotrzeć na miejsce na czas. Niestety, wielu sztuka ta się nie udała.

„Specjalne autobusy”, o których istnieniu jeszcze rano zapewniali przyjezdnych policjanci i miejscowi, okazały się mitem. „Nawet gdyby one rzeczywiście istniały... Bo kto wie? Może krążą tu jakieś dwa lub trzy... To cóż z tego, skoro nikt nie zadbał o to, by drogi były przejezdne” - denerwował się trzeci z licznego szeregu „jednorazowych towarzyszy podróży”, których poznałem podczas kilkugodzinnego marszu. „Stałyby w miejscu, tak jak ci wszyscy tutaj” - dodał, zamaszystym ruchem ręki wskazując na setki samochodów stojących w wielokilometrowym korku.

Już w południe jasne stało się, że jedynie piesza przeprawa daje mglistą nadzieję na obejrzenie bitwy. Z każdym krokiem przybliżającym nas do upragnionego celu, coraz więcej sfrustrowanych pasażerów decydowało się na opuszczenie swych pojazdów. Ci, którzy nie zdecydowali się na zastąpienie mocy silnika siłą własnych mięśni, na grunwaldzkie pole dojeżdżali jeszcze przez kilka godzin. Kłopoty zmotoryzowanych nie zakończyły się wraz z dotarciem na miejsce – nie mniejszych problemów nastarczał sam powrót.

Nie przewidzieli?

Nie spodziewam się, żeby za to żenujące przedstawienie miał ktoś beknąć, ale zastanawia mnie, jaką wymówkę sobie znajdą” - zagadnął mężczyzna proszący mnie o ognia pod sklepem w Olsztynku. „Pewnie stwierdzą, że zaskoczyła ich liczba gości” - odparłem. „Jak to zaskoczyła?” - zapytał mężczyzna, wypuszczając z ust kłęby papierosowego dymu. „Przecież od tygodnia trąbili w telewizji, że może przyjechać tu nawet dwieście tysięcy osób. Nie mieli czasu, żeby się przygotować?" - ciągnął dalej.

Panie... Nic ich tutaj nie zaskoczyło” - włączył się do rozmowy stojący tuż obok mężczyzna, jak się później okazało – miejscowy. „Co roku jest to samo i nikt z tym nic nie robi” - kontynuował - „Te sto tysięcy ludzi przyjeżdża tu zawsze i za każdym razem ulice są zablokowane”.

Zbity z tropu tym komentarzem, postanowiłem wypytać innych uczestników imprezy o to, czy i oni spotkali się z podobnymi opiniami wypowiadanymi przez miejscowych. Okazja ku temu nadarzyła się podczas wspomnianej już dyskusji na peronie, która rozgorzała godzinę później. Niemałe było me zdziwienie, gdy okazało się, że podobne komentarze nie należały do rzadkości.

Drobna sugestia dla organizatorów

W ciągu ostatnich dziesięciu lat miałem okazję odwiedzić wcale pokaźną liczbę imprez masowych, lecz jeszcze nigdy nie było mi dane zetknąć się z tak rażącą demonstracją niekompetencji i braku zdolności organizacyjnych, zwłaszcza w zakresie logistyki.

Nie jest bowiem prawdą, że przy takiej liczbie przyjezdnych organizator nie ma możliwości zapanowania nad porządkiem na drogach i nie jest w stanie zapewnić gościom imprezy względnej swobody przemieszczania się.

Takie rozwiązania istnieją, o czym dobitnie świadczą przykłady dziesiątek podobnych – a nawet i większych – imprez odbywających się na terenie kontynentu. Można przecież ograniczyć ruch samochodów osobowych na dziesięć godzin przed rozpoczęciem głównego punktu programu, można zablokować ten ruch w promieniu pięciu kilometrów od miejsca imprezy, można sprowadzić kilkanaście autobusów kursujących pomiędzy polem bitwy a najbliższymi miastami. A to tylko te najbardziej oczywiste pomysły.

„Kto przyjedzie, ten przyjedzie, a jak dojedzie, tak dojedzie” - to zasada, w myśl której można planować piątkową prywatkę, lecz nie „masówkę” z pretensjami do rangi imprezy międzynarodowej.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że architekci tegorocznej klęski organizacyjnej wyciągną z niej odpowiednie wnioski, zaczną uczyć się na swoich błędach oraz planować z wyprzedzeniem.

Jeżeli tak się nie stanie, sugerowałbym, by następnym razem zajął się organizacją imprezy, która pozostaje w zakresie ich możliwości. Gminny festyn na przykład.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach portalu GoCity.pl


W ramach bonusu kilka zdjęć z podróży:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz