Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwetka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwetka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2013

Shōzō Makino i Matsunosuke Onoe: Ojciec filmu japońskiego i jego największa gwiazda

Powiedzieć o nim, że był gwiazdą, to za mało. Matsunosuke Onoe był fenomenem. W szczytowym okresie jego kariery na terenie tokijskiej dzielnicy Asakusa, stanowiącej wówczas rozrywkowe centrum Japonii, znajdowały się trzy kina, w których wyświetlano po trzy różne filmy z Onoe w roli głównej. Co dziesięć dni każde z nich otrzymywało nową produkcję z jego udziałem, co oznacza, że w owym czasie Medama no Mat-chan – jak pieszczotliwie nazywali go fani – występował przynajmniej w dziewięciu filmach miesięcznie. Anegdota z epoki głosi, że uczniowie proszeni o wskazanie na najwspanialszych współczesnych im Japończyków wymieniali go na drugim miejscu, zaraz po cesarzu. Choć w latach dwudziestych gwiazda Onoe nieco przyblakła, na jego pogrzeb przybyło niemal dwieście tysięcy fanów, pragnących złożyć ostatni hołd swemu idolowi.

Mimo niezaprzeczalnej charyzmy, pracowitości i umiejętności konstruowania swego pozaekranowego wizerunku, Onoe nie był jednym architektem swego sukcesu. Prawdopodobnie do końca swych dni pozostałby drugorzędnym aktorem teatralnym, gdyby los nie postawił na jego drodze Shōzō Makino, reżysera określanego mianem „Ojca japońskiego kina” i „Japońskiego Davida Warka Griffitha”.

czwartek, 20 maja 2010

Cory McAbee: (nie)zwykły gość z Kalifornii

W epoce wąskich specjalizacji coraz trudniej o osoby godne szlachetnego miana „Człowieka Renesansu”. Cory McAbee należy do nielicznych przedstawicieli tego ginącego gatunku – tworzy muzykę, kręci filmy, maluje, a niedawno zakończył pracę nad swoją pierwszą książką. Podczas tegorocznej edycji festiwalu OFF Plus Camera polska publiczność miała okazję obejrzeć jego dotychczasowe magnum opus – space-westernowy musical „The American Astronaut”.

Jego filmów nie uświadczymy w szerokim obiegu. Te wyświetlane są na festiwalach kina niezależnego i podczas pokazów organizowanych przez fanów, a ich dystrybucja odbywa się głównie za pomocą Internetu. Jego koncerty nie zapełniają stadionów. Sam zresztą najbardziej lubi występować w małych klubach i podrzędnych spelunach podobnych do tych, w jakich zdobywał swe pierwsze szlify muzyczne. Jego obrazy nie są wystawiane w popularnych galeriach, w których krytycy przy lampce wytrawnego wina dyskutują o przewrotnej grze z burżuazyjnymi konwencjami i świadomym kiczu. Nie chciałoby mu się z nimi rozmawiać. Mimo to – a może właśnie dlatego – udało mu się zyskać pokaźne grono oddanych fanów, którzy pod wszystkimi szerokościami geograficznymi przerzucają się cytatami z jego filmów i wytupują rytm jego piosenek…

czwartek, 6 maja 2010

Guru (1961 - 2010)

Guru był człowiekiem z wizją. Wizją muzyki, w której nie ma miejsca na sztywne granice międzygatunkowe. Przez ćwierć wieku dawał temu wyraz w swej twórczości, łącząc hip-hop z jazzem, R'n'B, funkiem i soulem. W jego głowie nieustannie kłębiły się dziesiątki pomysłów na kolejne muzyczne wojaże. Wielu z nich nie udało mu się zrealizować.
Guru żył w cieniu śmierci od lipca ubiegłego roku, kiedy to zdiagnozowano u niego szpiczak mnogi, groźny nowotwór układu krwionośnego. Informacji tej nigdy nie upublicznił, licząc na to, że uda mu się przezwyciężyć chorobę. O dolegliwości muzyka świat dowiedział się dopiero w marcu, kiedy w skutek nagłego zatrzymania krążenia trafił on na stół operacyjny nowojorskiego szpitala pod wezwaniem Dobrego Samarytanina. Choć zabieg zakończył się powodzeniem, Guru zapadł w śpiączkę.

Promyk nadziei zaświtał wraz z informacjami o wybudzeniu się artysty ze śpiączki, odzyskaniu przez niego pełni świadomości oraz możliwości komunikowania się ze światem zewnętrznym. Niestety, radość okazała się przedwczesna. 19 kwietnia Solar, producent muzyczny i wieloletni współpracownik Guru, ogłosił tragiczną wiadomość. Jego mentor zmarł. Przyczyną śmierci była hipoksja – niedobór tlenu w tkankach.

sobota, 7 listopada 2009

Niech moje koszmary staną się i waszymi: H.R. Giger

W futurystycznym cyklu "Biomechanoidy" Giger dawał wyraz zarówno swej fascynacji biologicznością człowieka, jak również obawom i nadziejom związanym z postępującym rozwojem technologicznym.

„Niedochodowa” – takim przymiotnikiem ojciec H.R. Gigera zwykł określać sztukę. Stateczny aptekarz, niemal przez całe życie nie mógł zrozumieć, dlaczego jego syn, zamiast pójść w ślady ojca, zapragnął zostać artystą. Dlatego też przy każdej okazji powtarzał mu, że uprawiając współczesną sztukę nigdy nie zarobi nawet na skromne utrzymanie. Przyszłość zweryfikowała jego poglądy pokazując, że artysta wcale nie musi być głodnym, by być wiarygodnym. Twórczość Gigera stanowi bowiem jeden z najznamienitszych przykładów udanego mariażu sztuki i biznesu.

Hans Reudi Giger urodził się 5 lutego 1940 roku w Chur w Szwajcarii. Ironią losu jest, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych osobowości szwajcarskiego świata sztuki najmłodsze lata lata swojego życia spędziła w mieście, w którym określenie „artysta” było terminem obelżywym, łączącym pojęcia pijaka, kobieciarza, wagabundy i prostaka. Nic więc dziwnego w tym, że jeszcze długo po osiągnięciu pierwszych sukcesów na arenie międzynarodowej, nie potrafił do swej działalności przekonać ojca. Giger senior udzielając w roku 1976 wywiadu do filmu „Giger’s Necronomicon” swą wypowiedź rozpoczął tymi słowami: „Zdumiewa mnie, że spłodziłem tak zwanego artystę”.