czwartek, 6 maja 2010

Guru (1961 - 2010)

Guru był człowiekiem z wizją. Wizją muzyki, w której nie ma miejsca na sztywne granice międzygatunkowe. Przez ćwierć wieku dawał temu wyraz w swej twórczości, łącząc hip-hop z jazzem, R'n'B, funkiem i soulem. W jego głowie nieustannie kłębiły się dziesiątki pomysłów na kolejne muzyczne wojaże. Wielu z nich nie udało mu się zrealizować.
Guru żył w cieniu śmierci od lipca ubiegłego roku, kiedy to zdiagnozowano u niego szpiczak mnogi, groźny nowotwór układu krwionośnego. Informacji tej nigdy nie upublicznił, licząc na to, że uda mu się przezwyciężyć chorobę. O dolegliwości muzyka świat dowiedział się dopiero w marcu, kiedy w skutek nagłego zatrzymania krążenia trafił on na stół operacyjny nowojorskiego szpitala pod wezwaniem Dobrego Samarytanina. Choć zabieg zakończył się powodzeniem, Guru zapadł w śpiączkę.

Promyk nadziei zaświtał wraz z informacjami o wybudzeniu się artysty ze śpiączki, odzyskaniu przez niego pełni świadomości oraz możliwości komunikowania się ze światem zewnętrznym. Niestety, radość okazała się przedwczesna. 19 kwietnia Solar, producent muzyczny i wieloletni współpracownik Guru, ogłosił tragiczną wiadomość. Jego mentor zmarł. Przyczyną śmierci była hipoksja – niedobór tlenu w tkankach.



„Walczyłem rakiem przez ostatni rok. Próbowałem wszystkich możliwych medycznych środków. Piszę te słowa ze łzami w oczach, jednak nie z powodu cierpienia, ale wspominając cudowne życie, jakie miałem i wszystkie wspaniałe osoby, jakie miałem przyjemność poznać” – napisał Guru w swym pożegnalnym liście. Trudno o bardziej zwięzłe, a zarazem bardziej trafne podsumowanie jego minionych dni.

Wiódł pasjonujące życie, pełne wyzwań i sukcesów – nigdy w miejscu, ciągle w ruchu. Kiedy tak wielu innych odcinało kupony od swej popularności, on nie ustawał w poszukiwaniach, przecierając coraz to nowsze muzyczne szlaki – najpierw w formacji Gang Starr, później jako artysta solowy i twórca fenomenalnego projektu Jazzmatazz. Rzecz jasna nie dokonałby tego wszystkiego bez pomocy innych, z czego zresztą doskonale zdawał sobie sprawę. Miał jednak ogromne szczęście do ludzi – na swej drodze spotykał najlepszych, jak gdyby przyciągała ich emanująca od niego aura. Współpracował z uzdolnionymi producentami i didżejami, czołowymi raperami, wybitnymi wykonawcami soul i żyjącymi legendami jazzu. Pozostawił po sobie kilkanaście płyt i jedną ideę – w muzyce nie ma gatunków, których nie można by połączyć.

Slumsy, odejście ojca, bieda, handel narkotykami, członkowstwo w gangu, krew na rękach, otarcie się o śmierć w ulicznej strzelaninie – to nie jest jego historia. Biografia Guru nie nadaje się na kanwę sztampowego dramatu o gwieździe rapu, której młodość upłynęła pod znakiem ciągłej walki o przetrwanie. Wywodził się z klasy średniej, miał kochającą rodzinę, jadał trzy posiłki dziennie, a na ulicy przed jego domem nie matowiał szkarłat krwi. Nigdy temu nie zaprzeczał. Nie odczuwał potrzeby mitologizowania swej przeszłości, ani budowania swego wizerunku w oparciu o pozę gangstera.

Keith Elam – bo takie było jego prawdziwe nazwisko – przyszedł na świat 17 lipca 191 roku w bostońskiej dzielnicy Roxbury. Jego ojciec był sędzia w tamtejszym sądzie municypalnym, matka zaś wicedyrektorką programu bibliotecznego bostońskich szkół publicznych. Zgodnie z rodzinną tradycją Keith uczęszczał do prywatnej Noble and Greenough School, a następnie do męskiego Morehouse Collage w Atlancie, gdzie w 1983 roku uzyskał dyplom z zakresu biznesu i administracji. To jednak nie oficjalny system szkolnictwa ukształtował jego osobowość i wytyczył ścieżkę, którą podążał on przez całe dorosłe życie. Uczyniła to nieformalna edukacja muzyczna, jakiej od najmłodszych lat poddawali go Edward Clarke i George Johnson. To właśnie jego dziadek i ojciec chrzestny wprowadzili go w świat jazzu, prezentując mu nagrania swoich ulubionych artystów – Charliego Parkera, Theloniousa Monka, Milesa Davisa, Lonniego Listona Smitha, Herbiego Hancocka, Boba Jamesa czy Donalda Byrda. Na początku lat 80-tych Keith odkrył swą drugą muzyczną miłość. Był nią hip-hop, wówczas ledwie raczkujący, lecz zdolny już zawładnąć tysiącami młodych umysłów, zafascynowanych rytmicznymi uderzeniami automatu perkusyjnego, świeżością skreczu i potęgą rapowej melorecytacji.

W 1985 roku Keith podjął decyzje, która zszokowała jego rodzinę – porzucił studia w nowojorskim Fashion Institute of Technology, by w pełni poświęcić się muzyce. „Podczas gdy ja byłem na drodze do uzyskania tytułu profesora, mój brat postanowił rzucić szkołę. Zapytałem go wtedy «Co ty robisz?», ale on wierzył, że jest to słuszna decyzja i dopiął swego” – wspominał po latach, już jako profesor dramatu na Uniwersytecie Stanforda, Harry Elam Jr. Choć płyty brata znał już wcześniej, wiedział też o jego sukcesach, siłę oddziaływania jego twórczości w pełni uzmysłowił sobie dopiero w 1993 roku, kiedy Guru wystąpił na terenie uniwersytetu, na którym Harry wykładał. Do dziś doskonale pamięta on wyraz twarzy studentów, wskazujących na niego palcami i mówiących nie „to profesor Elam”, lecz „to brat Guru”.

Rzeczywiście – Guru dopiął swego. Zanim jednak jego gwiazda mogła w pełni rozbłysnąć, przeżył on swe chude lata, podczas których musiał przełknąć niejedną łyżkę dziegciu. Po opuszczeniu murów nowojorskiej uczelni powołał on do życia formację Gang Starr, z którą na przestrzeni trzech lat wydał trzy single. Jako że żaden z nich nie zdołał osiągnąć sukcesu, u progu 1989 roku jedyną osobą zainteresowaną kontynuowaniem projektu był Guru – pozostali członkowie zespołu postanowili opuścić to, co w ich mniemaniu było tonącym okrętem. Być może i on w końcu przywdziałby szaty syna marnotrawnego i powrócił na łono rodziny, gdyby los nie zetknął go z Christopherem Martinem. Zachwycony demem początkującego didżeja – dziś zaliczanego do grona najważniejszych producentów w historii hip-hopu – zaproponował mu współpracę. Martin przyjął pseudonim DJ Premier i wstąpił w mocno przetrzebione szeregi Gang Starr.


Druga inkarnacja formacji objawiła się światu singlem „Words I Manifest”, w którym głos Guru i skrecze Premiera wkomponowane zostały w sample zaczerpnięte z „A Night in Tunisia”, nieśmiertelnego szlagieru Charliego Parkera. Jeszcze tego samego roku na półki sklepowe trafiła pierwsza płyta długogrająca zespołu zatytułowana „No More Mr. Nice Guy”. Choć album zebrał pozytywne recenzje, promujące go utwory często gościły na falach stacji radiowych, a muzycy nie mogli narzekać na brak propozycji koncertowych, prawdziwy przełom nastąpił dla nich dopiero w 1990 roku. Wtedy to w napisach końcowych do filmu „Mo’ Better Blues” Spike Lee wykorzystał utwór „A Jazz Thing” stworzony przez zespół przy współudziale Branfroda Marsalisa. W utworze tym rozszerzono formułę wypracowaną przy okazji „Words I Manifest” jeszcze śmielej inkorporując w ramy hip-hopu elementy jazzowe – Guru rapował tytułowy wiersz Lolisa Erica Eliego do podkładu nagranego przez kwartet Marsalisa, który DJ Premier miksował z fragmentami klasyków Charliego Parkera, Theloniousa Monka i Kool & the Gang. „A Jazz Thing” był przepustką zespołu do wielkiej solowej kariery, a zarazem zapowiedzią kierunku, jaki Guru obierze w przyszłości.

W pierwszej połowie lat 90-tych duet wydał kolejne trzy albumy, dzięki którym na stałe wpisał się do hip-hopowego panteonu. Z upływem czasu jednak drogi Guru i Premiera coraz bardziej się rozchodziły, zarówno na stopie zawodowej, jak i prywatnej. Choć swe siły połączyli oni jeszcze dwukrotnie – najpierw w 1998 roku, wydając krążek „Moment of Truth”, który okazał się największym komercyjnym sukcesem zespołu, a następnie w 2003 roku, za sprawą albumu „The Ownerz” – dni zespołu były policzone. Kiedy w połowie europejskiej trasy koncertowej promującej ich najnowsze wydawnictwo DJ Premier niespodziewanie powrócił do Stanów, w środowisku zawrzało od plotek. Kilkanaście miesięcy później Guru uciął wszelkie spekulacje – Gang Starr był historią.

W kolejnych wywiadach Guru niejednokrotnie podkreślał, że już podczas prac nad „The Ownerz” wiedział, że będzie to jego ostatnia płyta zrealizowana z Premierem, a na jej nagranie zdecydował się tylko po to, by w końcu uwolnić się od ciążącego nad nim kontraktu z EMI Records. Pragnął pełni wolności twórczej, której nie mógł zakosztować w ramach wielkiej wytwórni, ani współpracy z wieloletnim partnerem, z którym od dawna już nadawali na odmiennych muzycznych falach. Nie było zresztą tajemnicą, że choć w ostatnie albumy Gang Starr wkładał Guru pełnię serca, artystycznie spełniał się w projektach solowych.

Spośród ośmiu wydawnictw, jakie Guru sygnował swym pseudonimem, najważniejszymi – a zarazem tymi, które zapewniły mu trwałe miejsce w kanonie muzyki współczesnej – są cztery krążki składające się na cykl Jazzmataz. To właśnie w jego ramach, odważnie jak nigdy wcześniej, w spójną całość łączył on elementy różnych „czarnych” gatunków muzycznych. Dziś Guru zaliczany jest do pionierów nurtu określanego mianem jazz rapu, a wydany w 1993 roku „Jazzmatazz” wymienia się jednym tchem z The Low End Theory” zespołu A Tribe Called Quest „Doo-Bop” Milesa Davisa i „Hand on the Touch” Us3, jako przykład najwcześniejszych pełnowymiarowych albumów poruszających się w tej estetyce. Wśród gości zaproszonych do udziału w nagrywaniu krążka znaleźli się zarówno czołowi instrumentaliści młodego pokolenia, tacy jak Branford Marsalis, Ronny Jordan czy Courtney Pine, jak i ikony jazzu, w których muzyce Guru zasłuchiwał się już jako kilkuletni chłopiec, takie jak Lonnie Liston Smith i Donald Byrd.

W dwa lata później na rynku pojawiła się druga odsłona projektu – „Jazzamatazz Vol. 2: The New Reality”, na której powróciła część ekipy z debiutu, a także pojawili się nowi goście, tacy jak legendarna wokalistka Chaka Khan, będący ówczesnym objawieniem sceny acid jazzowej Jamiroquai oraz Kool Keith, jeden z protoplastów hip-hopu. Na wydanym w 2000 roki albumie „Jazzmatazz Vol. 3: Streetsoul” Guru rozszerzył wypracowaną dotąd formułę, dodając do niej elementy muzyki soul i R'n'B, tworząc najbardziej eklektyczną - choć i najbardziej nierówną - płytę w swoim dorobku. Muzyczną różnorodność krążka w pełni ilustrował wykaz artystów biorących udział w jego nagraniu. Pojawili się na nim m.in. wybitny jazzman Herbie Hancock, funkujacy Isaac Hayes, wykonawcy soul pokroju Angie Stone i Macy Gray, poruszający się w klimatach reggae/dancehall Junior Reid, gwiazdy R'n'B z Eryką Badu i Craigiem Davidem na czele oraz hip-hopowcy z The Roots i Pharell Williams.

Ostatnia odsłona projektu Jazzamatazz ujrzała światło dzienne 5 czerwca 2007 roku, już po zakończeniu działalności Gang Starr i opuszczeniu przez Guru szeregów EMI. Ukazała się ona nakładem założonej przez muzyka wytwórni 7 Grand Records, mającej być gwarantem jego swobody artystycznej oraz platformą promocji młodych twórców. Niespełna rok przed swą tragiczną śmiercią – a zarazem dwa miesiące przed zdiagnozowaniem nowotworu – wydał w niej ósmy solowy album, zatytułowany „Guru 8.0: Lost & Found”. W wywiadach podkreślał, że jest dumny ze swoich ostatnich płyt, cieszą go wyniki sprzedaży, a w umyśle kiełkują mu kolejne pomysły. Nigdy już nie dowiemy się, co szykował dla nas na „dziewiątkę”.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach portalu GoCity.pl

W ramach bonusu kilka wideoklipów:

Gang Starr "A Jazz Thing" (1990)


Guru's Jazzmatazz (feat. N'Dea Davenport) "Trust Me" (1993)



Guru's Jazzmatazz (feat. Chaka Khan) "Watch What You Say" (1995)


Guru's Jazzmatazzz (feat. Angie Stone) "Keep Your Worries" (2000)


Guru's Jazzmatazz (feat. Slum Village) "I'm Jazzy" (2007)

1 komentarz:

  1. cóż można rzec - Rest in Peace.

    Co do tekstu - jest naprawdę dobry, zresztą nie spodziewałem się niczego innego.

    OdpowiedzUsuń