poniedziałek, 4 stycznia 2010

"Północna ściana" Philipp Stölzl

W europejskim folklorze i literaturze mianem Ogra określa się ogromnego człekokształtnego potwora, który szczególnie umiłował sobie smak ludzkiego mięsa. Przynajmniej od XIII wieku zniemczona wersja tego słowa – Eiger, funkcjonuje jako nazwa jednego z największych szczytów Alp Berneńskich. Majestatyczny szczyt pochłonął życie wielu śmiałków, którzy postanowili się na niego wspiąć. Ich stopy traciły grunt pod nogami, ręce nie zdołały chwycić lin asekuracyjnych, a ciała zostały zmiażdżone na skałach, niczym w szczękach mitycznego monstrum. Szczególnie złą sławą cieszyła się północna, niemal pionowa ściana szczytu, która do historii alpinistyki przeszła jako „Mordwand” – „Ściana Śmierci”. Skalisty Ogr przez lata w równym stopniu przerażał, co fascynował, przyciągając do siebie ryzykantów, gotowych postawić na szali swe życie, by tylko móc powiedzieć, że to oni pierwsi przebyli tę niebezpieczną trasę. O jednej z takich wypraw opowiada film Philippa Stölzla.

Główna oś fabuły „Północnej ściany” opiera się na autentycznych wydarzeniach, jakimi była próba sforsowania „Mordwandu”, której podjęli się w lipcu 1936 roku dwaj bawarscy alpiniści – Tony Kurz i Anders Hinterstoisser. Już na ścianie połączyli się oni z ekipą austriacką, w której skład wchodzili Edi Rainer i Willy Angerer. Przebieg wyprawy został przez Stölzla i wspomagających go scenarzystów zrekonstruowany dość wiernie, choć nie obyło się bez kilku drobnych zmian, mających na celu zwiększenie dramatyzmu opowieści.



Sama wspinaczka wysokogórska została ukazana w sposób niezwykle realistyczny, za co twórcom obrazu należy się szczególna pochwała. Udowodnili bowiem, że choć celuloid rządzi się swoimi prawami, w filmie można wywoływać dreszcz napięcia bez konieczności sięgania do znanej z podobnych produkcji przesady. By widz emocjonował się losami bohaterów wystarczy ukazać obluzowanie się liny, oderwanie haka, czy ześlizgnięcie się stopy z lodowej pokrywy okuwającej skałę. Doskonałym przykładem na to, w jaki sposób korzystać z umiarem z filmowych środków, jest jedna z kulminacyjnych scen z filmu, w której ekipa ratownicza podejmuje ostateczną próbę uratowania Kurza. Nie towarzyszy jej pompatyczna muzyka, czy zawodzący na orientalną modłę głos śpiewaczki. Rozlega się jedynie rytmiczne stukanie młotka, wbijającego hak w skalną ścianę. A z każdym uderzeniem historia zbliża się ku finałowi.

Klasyczna opowieść o walce człowieka z naturą i własnymi ograniczeniami została wzbogacona o wątek romantyczny i polityczny. Pierwszy z nich, całkowicie zresztą fikcyjny, dotyczy uczucia łączącego Toniego Kurza z Luise, początkującą dziennikarką a zarazem przyjaciółką alpinistów z czasów młodości. Niestety, pomimo iż wcielające się w te postaci Benno Fürmann i Johanna Wokalek pod względem aktorskim spisali się wzorcowo, sam wątek melodramatyczny wydaje się być w filmie zupełnie niepotrzebny – do opowieści wiele nie wnosi, a zajmuje czas, który można by wykorzystać na ukazanie kontekstu historyczno-politycznego. Ten zaś jest o wiele bardziej zajmujący.

Wyprawa Kurtza i Hinterstoissera o niespełna miesiąc poprzedziła bowiem Igrzyska Olimpijskie w Berlinie i – podobnie jak one – miała niebagatelne znaczenie propagandowe. Nazistowska koncepcja człowieka aryjskiego, dalece wykraczająca poza dociekania czysto antropologiczne, opiewała go jako twórcę kultury, łączącego przymioty ducha i ciała, zdolnego do dokonywania najwspanialszych czynów. Sforsowanie „Ściany Śmierci” przez alpinistów niemieckich miało być kolejnym z dowodów supremacji rasy aryjskiej. Nie bez znaczenia w kontekście planowanego anschlussu Austrii był również fakt, że bawarska ekipa wspinała się wspólnymi siłami z Austriakami. Ów kontekst polityczny został przez Stölzla uwydatniony. Przewija się on w rozmowie pomiędzy alpinistami z wkrótce połączonych ze sobą państw, w wywodach o aryjskości i duchu Niemiec, którymi przy stole raczy swych współbiesiadników antypatyczny dziennikarz Arau, oraz w pytaniach o to, czy Kurtz i Hinterstoisser będą godnymi reprezentantami Rzeszy. Pozostaje żal, że ze względu na wprowadzenie wątku melodramatycznego, związkowi sportu i ówczesnej polityki, nie zostało w filmie poświęcone więcej miejsca.

„Północną skałę” trudno nazwać filmem wybitnym, mającym szanse na to by wejść do kanonu X Muzy. Jest to jednak solidna produkcja, z kompetentną reżyserią, bardzo dobrymi zdjęciami i wiarygodnymi kreacjami aktorskimi. Można mieć zastrzeżenia co do kilku decyzji niemniej jednak realizm i formalna prostota okazały się doskonałą receptą na trzymający w napięciu obraz. Najlepszą rekomendację, jaką można wystawić filmowi Stölzla, jest stwierdzenie, że choć widz wie, jak potoczyły się losy alpinistów, emocje towarzyszą mu do ostatniej chwili.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

3 komentarze:

  1. Jak to jest, ze dopiero teraz odkrywam, że mój ulubiony obrazoburca ma bloga? Witaj wśród blogerów, Dejwidzie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dodałabym jeszcze pojawienie się kilku dobrych komiksów i pojawienie się w sieci arcyciekawego wywiadu z jednym z twórców, za co wielki szacun winniśmy Panu Optykonowi:) Ja i Mr.T- czekający na kolejne anime (ale bardziej hard - hahaha)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sandpeople daje radę as usual ;) polecam się na przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń