piątek, 8 stycznia 2010

"Życie w obrazkach" Will Eisner

Autobiograficzne opowieści ikony amerykańskiego komiksu to lektura porywająca czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Każdy kadr jest machiną czasu, przefiltrowaną przez wrażliwość nowojorskiego marzyciela.

„Nie stworzyłem komiksu, ale byłem obecny przy jego narodzinach” – wielokrotnie powtarzał Will Eisner. Trudno stwierdzić, ile w tej wypowiedzi kokieterii i autokreacji, a ile rzeczywistej skromności artysty, pewnym jest jednak to, że nie ukazuje ona w pełni zasług Eisnera dla rozwoju opowieści obrazkowych. Jeżeli bowiem spojrzymy na współczesny komiks amerykański, odnalezienie w nim elementów, których nie da się wyprowadzić od tego nowojorskiego rysownika i scenarzysty, okaże się zadaniem niemal niemożliwym. Kiedy zaczynał on swoją karierę, komiks funkcjonował jedynie w postaci pasków, pojawiających się w gazetach, w chwili jego śmierci natomiast, komiks nie musiał już walczyć o uznanie za gałąź sztuki równorzędną z literaturą czy kinem, a teksty o nim zadomowiły się w opiniotwórczych pismach.

To właśnie Eisner jako jeden z pierwszych rysowników zaczął postrzegać komiksową planszę jako spójną całość, a nie ledwie ciąg następujących po sobie obrazków. To on, tworząc w latach czterdziestych postać Spirita, zaczął eksperymenty z dłuższą – wtedy jeszcze siedmiostronicową – formą opowieści, skierował komiks do dorosłego odbiorcy i wprowadził do opowieści obrazkowych elementy pastiszowe i autoironiczne. W końcu to on, zainspirowany w owym czasie możliwościami jakie dawał komiks niezależny i zafascynowany twórczością Roberta Crumba, wydał w 1978 pierwszą powieść graficzną. „Umowa z Bogiem”, bo o niej mowa, zawierała wszystkie te elementy, z których do dziś korzystają kolejne generacje twórców – ilość stron kilkukrotnie przekraczającą standardowe 24-stronicowe wydawnictwa, pieczołowicie wykonaną szatę graficzną, poważną problematykę i sporą dozę wątków autotematycznych. Zdając sobie sprawę z tego, jak wielki dług względem Eisnera posiada komiks, amerykanie postanowili należycie go uhonorować. Zamiast jednak – jak to mają w zwyczaju – przymuszać go do nurzania rąk w cemencie i odbijania ich na chodnikach, nazwali jego imieniem najważniejszą nagrodę przemysłu komiksowego.



Trudno uwierzyć, że pomimo wielkiego dorobku Eisnera, przez wiele lat jego prace omijały nasz kraj, a polscy miłośnicy opowieści obrazkowych skazani byli na to, by jego rysunki i słowa chłonąć w postaci importowanych oryginalnych wydań. Na szczęście, od niemal trzech lat wydawnictwo Egmont odkrywa dla nas tę czarną plamę, na mapach światowego komiksu. Do tej pory na rynku ukazała się trylogia „Umowa z Bogiem”, „Nowy Jork: Życie w wielkim mieście” oraz zbiorcze wydanie najlepszych opowieści o Spiricie. Przed miesiącem trafiła zaś w nasze ręce ostatnia odsłona cyklu – „Życie w obrazkach. Opowieści autobiograficzne”. Na zawartość tomu składają się trzy powieści graficzne, jedna krótsza opowieść i jedna kilkustronicowa miniaturka – łącznie 496 stron geniuszu.

„Życiem w obrazkach” Egmont po raz kolejny udowodnił, że hasło „Wybitni graficy. Ekskluzywne wydania” sygnujące serię „Mistrzowie Komiksu” nie jest jedynie czczym frazesem i chwytem marketingowym. Jakość wydania budzi zachwyt – opasłe tomisko ze zszywanymi stronami, twardą okładką i dobrym papierem. Nie gorzej prezentuje się zawartość – oprócz komiksów Eisnera w ramy tomu wchodzą dwie przedmowy, jedna autorstwa Scotta McClouda, druga natomiast Denisa Kitchena, kilkustronicowe przypisy do historii „Marzyciel” oraz szkice koncepcyjne do historii „Cel gry”.

W przypadku każdego ekskluzywnego wydania leciwych już prac gloryfikowanego w środowisku komiksowym twórcy, istnieje spore ryzyko, że album nie poruszy czytelnika, który zakupi go jedynie z szacunku dla autora, ponieważ tak wypada oraz by wydawnictwo „cieszyło oko” i godnie prezentowało się na półce. W przypadku „Życia w obrazkach” obawy te są jednak całkowicie płonne. Jako że akcja wszystkich zawartych w tomie historii rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku, nieco archaiczny styl rysunku – z którego Eisner nigdy nie zrezygnował, pomimo zmieniających trendów i chwilowych mód – dodaje im uroku, dosłownie przenosząc czytelnika w czasie. Styl płynnie balansujący pomiędzy rysunkiem realistycznym a karykaturalnym, z jednej strony wskazuje na to, że opowieści powstały na kanwie prawdziwych zdarzeń, jednocześnie podkreślając umowność komiksu i przenoszenia na jego łamy doświadczeń z życia. Nie zawodzi również kompozycja, z której nowojorczyk słynął od początków swej kariery – na planszach nie znajduje się żaden zbędny element, a ich struktura rządzi się żelazną logiką oraz precyzją.

Warstwa graficzna pełni jednak w „Życiu obrazkach” rolę drugorzędną. Na piedestał wybijają się bowiem same historię. Nic w tym zresztą dziwnego, wszak Eisner należał do topniejącego niestety grona amerykańskich gawędziarzy, w duchu Hemingwaya. Jak nietrudno domyślić się po podtytule wydawnictwa, jego zawartość stanowią historię odnoszące się do życiowych doświadczeń artysty. Wśród pięciu opowieści znalazły się zarówno takie o jawnie autobiograficznym charakterze (jak „Marzyciel” czy „W środek burzy”), jak również te jedynie inspirowane doświadczeniami własnymi („Poranek w mieście słońca”) i swoich bliskich („Cel gry”).


Każda z historii w równym stopniu dotyczy samego Eisnera, jak i ludzi, którzy żyli wokół niego i przed nim, każda z nich posiada też pewien motyw przewodni. Na kartach najdłuższej opowieści graficznej „W środek burzy” twórca przedstawił zawiłe losy swojej rodziny, od czasów ich przybycia do Ameryki, po burzliwe lata swojego dzieciństwa. Niemal przy okazji malował on obraz Ameryki, o którym kraj ten jak najprędzej chciałby zapomnieć – przepełnionego ksenofobią, od drobnych żarcików, po otwarty antysemityzm. Z historią tą koresponduje „Cel gry”, rodowa epopeja w duchu klasycznych hollywoodzkich produkcji, w której to opowieści Eisner wskazuje, jak w wysokim stopniu sami amerykańscy Żydzi – zwłaszcza stare rodziny, które korzenie swe wywodziły jeszcze z Portugalii i Hiszpanii – uprzedzeni byli w stosunku do Żydów przybywających do tego kraju z terenów Polski i Rosji.

Na szczególną uwagę zasługuje również dość skromny, bo ledwie pięćdziesięciostronicowy „Marzyciel”, stanowiący wartościowy dokument poświęcony fascynującym początkom branży komiksowej. Pod zmienionymi nazwiskami pojawiają się na jego kartach postaci takie jak legendarny Bob Kane, czy enigmatyczny mjr Malcolm Wheeler-Nicholson, pierwsze wydawnictwa komiksowe oraz powracające pytanie: „jak będzie wyglądał komiks w przyszłości?”. Jest również i grupa marzycieli, dzięki którym opowieści obrazkowe mogą w ogóle „wyglądać”, mogą być trzymane przez nas w rękach oraz – co najważniejsze i czego zapewne życzyłby sobie Eisner – mogą inspirować nowych marzycieli, którzy być może kiedyś zechcą w swych wspomnieniach cofnąć się o pięćdziesiąt lat i opowiedzieć, jak w młodości zaczytywali się w „Spiricie”, „Umowie z Bogiem” czy właśnie „Życiu w obrazkach”.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz