niedziela, 13 grudnia 2009

"Rękopis zapodziany w Saragossie" Krzysztof Rudowski

Powieść Rudowskiego sprawdza się nie tylko jako udana kontynuacja dzieła Jana Potockiego, lecz również jako utwór niezależny. Jest inteligentnie i z humorem – zupełnie jak na okładce.

By przekonać się, jak trudno o dobrą kontynuację, nie trzeba wybiegać pamięcią daleko w przeszłość – wystarczy przypomnieć sobie prezydenturę Georga W. Busha i wskaźniki poparcia społecznego na koniec jego pierwszej i drugiej kadencji. Świat wielkiej polityki od literatury różni to, że w tym drugim przypadku nie można liczyć, aby coś umknęło uwadze oceniających – wszystko wszak pozostaje na papierze. Kredyt zaufania, jakim czytelnicy darzą autora, jest w istocie sporym brzemieniem, który strącił z piedestału już niejednego. Cóż więc z tego, że „najbardziej lubimy to, co już kiedyś jedliśmy”, skoro nic nie smakuje tak dobrze jak w przeszłości, a i ryzyko, że na naszym talerzu pojawi się ogrzewany kotlet, jest raczej wysokie.

Napisanie dobrej kontynuacji jest zadaniem jeszcze trudniejszym, kiedy podejmuje się go osoba inna niż sam twórca oryginału. A kiedy już młody twórca mierzy się z jednym z największych arcydzieł polskiej literatury, sam fakt stworzenia książki, której lekturze nie towarzyszy grymas odrazy na twarzy czytającego można rozpatrywać w kategoriach sukcesu. Krzysztof Rudowski nie dość, że ten „plan minimum” zrealizował, dostarczył w nasze ręce powieść naprawdę dobrą. Co więcej, „Rękopis zapodziany w Saragossie” sprawdza się nie tylko jako udana kontynuacja dzieła Jana Potockiego, lecz również jako utwór niezależny.

Autorowi należy się pochwała już za sam dobór tematu. Zamiast – śladem swoich rówieśników – tworzyć n-tą opowieść o egzystencjalnej pustce pokolenia lat 70. i 80., przepełnioną rzewnymi historiami o rozczarowaniu transformacją ustrojową, Rudowski zdecydował się na oryginalny flirt z klasyką. Nie ograniczył się przy tym do prostej kontynuacji przygód Alfonsa von Wordena, lecz wątki „Rękopisu znalezionego w Saragossie” precyzyjnie wplótł w historię rozgrywającą się w czasach współczesnych. Przez kilkaset stron lektury – za sprawą sprawdzonej formuły powieści szkatułkowej – prowadzone są dwa główne wątki, zapętlające się wraz z rozwojem intrygi i łączące się w jej kulminacyjnym momencie.

Bohaterem powieści ramowej jest Krzysztof, w przeszłości uzdolniony trębacz jazzowy, obecnie pogrążony w letargu po rozstaniu ze swoją partnerką, spędzający dnie na pracy przed komputerem konstruktor, w skrytości fantazjujący na temat ponętnej redaktorki „Dobrego Rolnika”. W wyniku splotu nieszczęśliwych wypadków zostaje wplątany w przygodę, podczas której – niczym znany nam oficer gwardii walońskiej – wysłucha dziesiątek opowieści, jakimi uraczy go gama spotykanych po drodze barwnych postaci. W opowieściach tych powoli rozwijać się będzie drugi wątek, związany z zaginionym pierwowzorem „Rękopisu znalezionego w Saragossie” i roli, jaką odgrywa w nim hiszpański ród Modenarów. Nasz protagonista w świat powieści Potockiego wprowadzony zostanie w oryginalny sposób – otóż otrzyma ją w prezencie i już przy pierwszym kontakcie z książką, za sprawą historii Paszeki, zacznie dostrzegać paralelizm pomiędzy wydarzeniami opisanymi na jej kartach a swoją osobą.

Kontynuacje mają to do siebie, że samymi nawiązaniami do oryginału nie mogą się obronić. Na szczęście Rudowski uniknął tej pułapki i zadbał, aby jego książka posiadała też szereg innych atutów. Od dłuższego czasu nie zdarzyło mi się by blurb w tak dużym stopniu pokrywał się z moimi wrażeniami po lekturze. W przypadku „Rękopisu zapodzianego w Saragossie” wydawniczy copywriterzy jednak nie przeszarżowali. Rzeczywiście jest dowcipnie i inteligentnie, są żywe dialogi i szereg nawiązań do historii, filozofii i muzyki. Może jedynie ze śmiałym odniesieniem do Viana i Bułhakowa nieco poniosła ich fantazja, lecz cóż – w końcu za to biorą pieniądze.

Podczas lektury widoczny jest ogrom pracy włożony przez autora w przygotowanie powieści. Nie chodzi przy tym nawet o jej formę i misterne ułożenie poszczególnych opowieści składowych w taki sposób, by z jednej strony historia mogła się posuwać do przodu, z drugiej zaś, by wszystkie karty nie zostały zawczasu odkryte, lecz o umiejętne wplatanie wątków pobocznych i rozmów poświęconych ogólnie pojmowanej kulturze. Należy jednak nadmienić, że choć minimalna znajomość zagadnień z zakresu filozofii jest mile widziana, by móc docenić pewne dialogi i zawarty w nich humor, to osoby nie posiadające wiedzy na ten temat, nie zostaną pozbawione przyjemności z lektury. Koronnym argumentem jest tu postać niżej podpisanego, który o teorii muzyki wiedzę posiada bliską zeru absolutnemu, a który strony poświęcone tej problematyce czytał z nie mniejszym zainteresowaniem niż całą resztę. Na uwagę zasługuje również fakt, że Rudowski, choć postawił na dłuższe tematyczne dialogi, nie omieszkał również umieścić w książce drobnych smaczków, takich choćby jak urwane strzępy rozmowy prowadzonej przez dr. Krupela i dr. Agustyna, dotyczącej rewizji poglądów Freuda, czy nawiązań do „Barbarelli” Rogera Vadima. Co ważne, elementy te wprowadzane są przez pisarza z umiarem, w odpowiednich proporcjach względem osi fabularnej, dzięki czemu całość nie przekształca się w pretensjonalny bełkot na modłę Cortazara.

Choć w „Rękopis zapodziany w Saragossie” przeważają zalety, powieść nie jest pozbawiona wad. Najważniejsza z nich dotyczy samej formy. Można odnieść wrażenie, że często kompozycja szkatułkowa jest nieco wymuszona. Zupełnie tak, jak gdyby autor mając przed oczyma gotową już powieść, zaczął ją wertować, szukając fragmentów, które mógłby jeszcze „doszkatułkować” – moim zdaniem niepotrzebnie i niejako „w imię zasad”. Część wypowiedzi bohaterów, z których Rudowski stworzył osobne opowieści, mogłaby bowiem funkcjonować w formie tradycyjnej. Zdarzają się również drobne zgrzyty w postaci posiadania przez bohaterów wiedzy, której nie powinni posiadać z zasłyszanych opowieści. Przykładem może być tu opowiadanie kierowcy, dotycząca remontu zamku, w którym brał udział. Nie podaje on nazwiska swego zleceniodawcy, jednak kilka stron później jedna z bohaterek, słysząc nazwisko Modenaro, stwierdza, że tak samo nazywał się człowiek, dla którego kierowca przeprowadzał remont. W lekturze razi również encyklopedyczność pewnych sformułowań dotyczących historycznych postaci, pojawiających się w rozmowach poświęconych sztuce. Sformułowania pokroju „ten berliński wirtuoz włoskiego pochodzenia” (odnoszącego się do Johanna Joachima Quanta), zaburzają bowiem naturalny przebieg dialogu muzycznych zapaleńców. Kiedy podobny przypadek zdarza się Rudowskiemu kolejny raz z rzędu, czytelnik może zacząć zastanawiać się: „erudycja to czy Wikipedia?”.

Mimo drobnych wpadek, „Rękopis zapodziany w Saragossie” należy uznać za książkę dobrą. Choć czyta się ją szybko i przyjemnie, od standardowych „pociągowych powieści” dzielą ją całe lata świetlne. Nie ulega wątpliwości, że – w przeciwieństwie do powieści Potockiego – wielkich emocji za lat dwieście ani nawet dziesięć nie będzie wywoływać, jednak warto mieć ją w swojej biblioteczce. Choć nie jest mi dane wejrzeć w głąb umysłu autora, zakładam, że książka wiekopomnym dziełem być nie miała. A jeżeli takich oczekiwań względem niej mieć się nie będzie, nikt nie powinien być zawiedziony.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz