środa, 25 listopada 2009

"W Azji" Tiziano Terzani

Orient, będący dla człowieka Zachodu ucieleśnieniem egzotyki, od wieków fascynował i przyciągał. Terzani odczarowuje nam ten świat, pokazując kontynent pełen sprzeczności, w którym pięknu ciągle towarzyszy terror.

Spośród wszystkich magicznych słów, jakimi kiedykolwiek posłużył się człowiek, „co” posiada największą moc. Co znajduje się za tamtym lasem?. Co stanie się, jeżeli połączę siarkę z saletrą?. Co sprawia, że morskie fale raz to wdzierają się w głąb lądu, innym zaś razem powracają do miejsca, z którego przybyły? Co to za punkty jaśnieją na niebie? Niektórym zajmie to kilka minut, innym całe stulecia, lecz wszystkie tego typu pytania, prędzej czy później, przerodzą się w odpowiedzi. W pewnym sensie, dzieje ludzkości są historią stopniowego kurczenia się obszaru nieznanego. Nieprzypadkowo, na długo przed wynalezieniem druku, telewizji i Internetu, ludzie gromadzili się w wolnych chwilach wokół paleniska i popijając chmielem przygryzane mięsiwo, zasłuchiwali się w opowieściach cudzoziemców, podróżników i bajarzy, którzy zawitali na ich ziemie. Choć tęsknota za nieznanym pozostawała, większość z nich nigdy nie zdecydowała się wyruszyć w świat, podejrzewając – całkiem zresztą słusznie – że za „tamtym lasem” najpewniej znajduje się miejsce, w którym po głowie dostać łatwiej, niż w rodzimej wiosce. Istnieli jednak ludzie, którzy, gnani pędem do wiedzy, nie bacząc na niewygody i niebezpieczeństwa, ruszali w świat, by na mapach znaczyć nie odkryte dotąd lądy. Do grona tych niespokojnych duchów należał Tiaziano Terzani, zapiski z jego wędrówek znalazły się zaś w wydanej niedawno książce „W Azji”.

Terzaniemu przyszło żyć w czasach, w których to, co nieodkryte, nie roztaczało się już na wszystko to, co znajdowało się dookoła wioski, a świat zachował w sobie już nikły pierwiastek nieznanego. Dlaczego Azja? – zadaje sobie pytanie na pierwszych stronach książki. „Wybrałem ją głównie dlatego, że była daleko, dlatego, że sprawiała na mnie wrażenie ziemi, na której zostało jeszcze coś do odkrycia. Pojechałem tam w poszukiwaniu «innego», wszystkiego, czego nie znałem, w pogoni za ideami, ludźmi znanymi tylko z lektury” – odpowiada. Na tym – jak sam to określa – „dobrowolnym wygnaniu” spędził on przeszło trzydzieści lat. Zaczął w 1971 roku w Singapurze, skąd po czterech latach przeniósł się do Hongkongu, by następnie kilka lat spędzić kolejno w Chinach, Japonii, Tajlandii i w końcu podróż swą zwieńczyć w Indiach. Przez cały ten czas pozostawał mobilny, a miejsca, w których posiadał dom, stanowiły bazę wypadową ku sąsiednim rejonom.

Był wszędzie tam, gdzie tworzyła się historia Azji – Laos, Kambodża, Wietnam Południowy, obie Koree, Filipiny. Nie udało mu się zobaczyć wejścia Czerwonych Khmerów do Kambodży, był za to jednym z nielicznych zachodnich świadków zdobycia Sajgonu przez oddziały Wietkongu. Nawet kiedy nie mógł przebywać w jakimś miejscu ze względów politycznych, śledził toczące się w nim wydarzenia z granic sąsiadującego państwa. Wszystko to opisał żywym i barwnym językiem, perfekcyjnie dopełniającym doskonałą wręcz zdolność obserwacji. Największym jednak atutem dziennikarstwa Terzaniego jest to, że z równą powagą traktował on wątki polityczne i ekonomiczne jaki i te społeczno-kulturowe. Nie poprzestawał jedynie na odnotowaniu suchych faktów, starając się odmalować mentalność ludzi, z którymi aktualnie dane mu było przebywać, oraz uchwycić imponderabilia ziemi, na której postawił stopę.

Orient, będący dla Europejczyków ucieleśnieniem egzotyki, od wieków fascynował i przyciągał swoją wewnętrzną różnorodnością, hieratyką dnia codziennego, zawieszeniem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, spontanicznym kolektywizmem, w równiej mierze pociągającą co nieczytelną kosmologią i wszechobecną zdawałoby się metafizyką. Wyjazd w takie miejsce – z jednej strony kulturowo całkowicie obce, z drugiej jednak posiadające już głęboko zakorzeniony w zachodnim postrzeganiu świata romantyczny wizerunek – niesie za sobą spore ryzyko, że miast podjąć prawdziwy wysiłek jego poznania, damy się zwieść jego zewnętrznemu blichtrowi, lub na swoje doświadczenia przeniesiemy wcześniejsze o nim wyobrażenia.

Terzani w pełni zdawał sobie z tego sprawę, czego świadectwo znaleźć możemy na kartach „W Azji”, kiedy dziennikarz opisuje swoje wrażenia z premiery „Ostatniego Cesarza” Bertolucciego. „To plik zachwycających kolorowych pocztówek wysłanych z kraju, który nigdy nie istniał. Chiny Bertolucciego, zarówno cesarskie, jak rewolucyjne, nie są w żadnym razie Chinami, lecz owym osobliwym «innym» kontynentem, jakim chcieli i wciąż chcą go sobie wyobrażać niektórzy ludzie Zachodu” – pisze. Terzaniemu udaje się tego uniknąć, przede wszystkim za sprawą (nie artykułowanego co prawda, lecz wyczuwalnego w lekturze) przekonania, że obcej kultury w pełni nie zgłębi się nigdy. Można poznać nazwiska, liczby, fakty, oficjalną doktrynę, a nawet – w pewnym zakresie – sposób myślenia i odczuwania jej członków, lecz zawsze, każda odpowiedź rodzić będzie dwa nowe pytania. Dzięki temu włoski pisarz, choć zafascynowany Azją, nigdy nie staje się jej apologetą, szamanem oferującym remedium na bolączki współczesności w postaci taniej wersji ichniej duchowości.

Jednym z elementów stopniowego przerzedzania obszaru nieznanego jest stopniowe odczarowywanie świata, w którym miejsce polujących na żeglarzy stworów zajmują prądy morskie, a źródła uderzenia piorunu nie dopatruje się w dłoni Zeusa Gromowładnego, lecz w wyładowaniach atmosferycznych. Terzani odczarowuje nam Azję, zdzierając z niej maskę egzotyki i ukazując, że piękno zapierające dech w piersiach sąsiaduje tam z obrazami mrożącymi krew w żyłach. Pokazuje on, że tak fascynujące Europejczyków odrzucenie indywidualizmu, sprzyjało długotrwałemu utrzymywaniu się dyktatur, że w skrajnych przypadkach koncepcja karmy może doprowadzić do całkowitej bierności i braku zaangażowania w chęć poprawy swojego losu, czy też że w kraju, w którym „nawet krowy chodzą po ulicach przez nikogo nie niepokojone”, na tych samych ulicach z głodu umierają setki tysięcy niedotykalnych. Nie daje się przy tym porwać lewicowej retoryce i zamiast winą za wszystkie problemy kontynentu obarczyć kolonializm, wskazuje zarówno na wpływy Zachodu jak i immanentne cechy kultury danego kraju.

Azja Terzaniego nie jest Azją z prospektów biur turystycznych, ani przyśpieszonych kursów medytacji, za jedyne 599 euro za semestr. To ogromny i zróżnicowany kontynent, pełen sprzeczności, w którym bogactwo sąsiaduje z nędzą, duchowość z bestialstwem, a garnitury od Armianiego przywdziewają ludzie, którzy w młodości na grzbiet zarzucali podarte łachmany. Być może w tym właśnie tkwi siła książki Terzaniego – choć zrzuca swe bajkowe szaty, Azja nie przestaje fascynować.


Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach serwisu kulturalnego portalu Netbird.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz