Autobiograficzne opowieści ikony amerykańskiego komiksu to lektura porywająca czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Każdy kadr jest machiną czasu, przefiltrowaną przez wrażliwość nowojorskiego marzyciela.

„Nie stworzyłem komiksu, ale byłem obecny przy jego narodzinach” – wielokrotnie powtarzał Will Eisner. Trudno stwierdzić, ile w tej wypowiedzi kokieterii i autokreacji, a ile rzeczywistej skromności artysty, pewnym jest jednak to, że nie oddaje ona w pełni zasług Eisnera dla rozwoju opowieści obrazkowych. Jeżeli bowiem spojrzymy na współczesny komiks amerykański, odnalezienie w nim elementów, których nie da się wyprowadzić od tego nowojorskiego rysownika i scenarzysty, okaże się zadaniem niemal niemożliwym. Kiedy zaczynał on swoją karierę, komiks funkcjonował głównie w postaci pasków publikowanych w gazetach, w chwili jego śmierci natomiast nie musiał już walczyć o uznanie za gałąź sztuki równorzędną z literaturą czy kinem, a teksty o nim zadomowiły się w opiniotwórczych pismach.
To właśnie Eisner jako jeden z pierwszych rysowników zaczął postrzegać komiksową planszę jako spójną całość, a nie ledwie ciąg następujących po sobie obrazków. To on, tworząc w latach czterdziestych postać Spirita, zaczął eksperymenty z dłuższą – wtedy jeszcze siedmiostronicową – formą opowieści, skierował komiks do dorosłego odbiorcy i wprowadził do opowieści obrazkowych elementy pastiszowe i autoironiczne. W końcu to on, zainspirowany w owym czasie możliwościami jakie dawał komiks niezależny i zafascynowany twórczością Roberta Crumba, wydał w 1978 pierwszą powieść graficzną. „Umowa z Bogiem”, bo o niej mowa, zawierała wszystkie te elementy, z których do dziś korzystają kolejne generacje twórców – liczbę stron kilkukrotnie przekraczającą standardową objętość zeszytu komiksowego, pieczołowicie wykonaną szatę graficzną, poważną problematykę i sporą dozę wątków autotematycznych. Zdając sobie sprawę z tego, jak wielki dług względem Eisnera ma komiks, Amerykanie postanowili należycie go uhonorować. Zamiast jednak – jak to mają w zwyczaju – przymuszać go do nurzania rąk w cemencie i odbijania ich na chodnikach, nazwali jego imieniem najważniejszą nagrodę przemysłu komiksowego.